poniedziałek, 21 października 2013

Co przeraża ochroniarza

Całkiem niedawno Pan Nieistotny oglądał reportaż interwencyjny w TV. Pewna pani opowiadała, że została brutalnie potraktowana przez ochroniarzy w markecie. Ochroniarze dopuścili się tak zwanego naruszenia nietykalności cielesnej owej pani, wobec podejrzenia, że wyżej wymieniona ukradła coś z marketu co później okazało się nieprawdą. Po tym reportażu nastąpiła dyskusja z którą Jan Maria spotkał się i w innych mediach. Chodziło o to, że praca ochroniarza jest frustrująca co najmniej tak jak kiedyś frustrującą była robota kelnera. Bo kimże jest ochroniarz jak nie lepiej uzbrojonym i ubranym stróżem?
To oczywiście nie opinia Nieistotnego a wnioski z dyskusji. Nieistotnemu przypomniał się nawet stróż z ZOO w kultowej radzieckiej bajce o Czeburaszce.

Ponoć z powodu tej zawodowej depresji pracownicy ochrony zwani popularnie bramkarzami, zbili na kwaśne jabłko kilku ponoć awanturujących się klientów.
Widocznie w lokalu zabrakło tabliczki z napisem „Wpuszczamy tylko w krawatach”. Wszak powszechnie wiadomo, że klient w krawacie jest mniej awanturujący się.
I Nieistotny był rzecznikiem tego frustrującego braku prestiżu u ochroniarzy, aż do ostatniego piątku.
Czekając na jak zwykle zabieganego doktora, Jan Maria studiował wywieszki. Ponieważ kartę praw pacjenta zna prawie na pamięć z powodu innych wcześniejszych wyczekiwań a jadłospis dla chorych na dany dzień łyknął na raz, pozostała mu tylko instrukcja postępowania na wypadek pożaru.
I co ? I tutaj okazało się, że pracownik ochrony to ścisłe kierownictwo zakładu. Otóż do czasu przybycia jednostek straży pożarnej akcja ratunkową kieruje : właściciel, zarządca zakładu pracy lub właśnie pracownik ochrony.


Jest tam jeszcze możliwość, że osoba najbardziej energiczna, ale jak to sprawdzić kto jest najbardziej energiczny? i czy jest na to czas, gdy w budynku (odpukać) buzuje ogień.
Może trzeba im to powiedzieć? - zwrócił się z propozycja działań do Najważniejszej - Może gdy poczują się naprawdę ważni przestaną łazić po sklepie krok w krok za Nieistotnym w nadziei, że coś zapieprzy. Z pewnością nie zapieprzy
Pierwszą próbę przywłaszczenia zabawki kolegi wybił mu ojciec, poprzez dupę wiele lat temu.

piątek, 18 października 2013

Absurdalne oświadczenie

Nic nie jest już takie samo jak było kiedyś. Przede wszystkim Ameryka nie jest już taka sama.
Powszechnie wiadomo, że USA to kraj wyzwolony i purytański jednocześnie, ale informacja którą przeczytał Jan Maria Nieistotny zakrawa na jakieś grube przegięcie.
O cio chodzi?
Republikański kongresmen Michael Grimm został oskarżony o uprawianie seksu w miejscu publicznym.
Na jakiej podstawie?
Jak donoszą media, polityk miał pójść do toalety w barze razem ze swoją "przyjaciółką" i spędził tam 17 minut.
Siedemnaście minut poświęcone na seks i to w miejscu publicznym to rewelacyjny wynik,  podczas gdy statystycznemu facetowi po czterdziestce do seksu wystarczy około trzech i pół minuty. Dodatkowo te pół minuty wykorzystywane jest na tak zwaną grę wstępną. A wszystko to prywatnie w komfortowych warunkach sypialni.
Czy ktoś widział owego senatora wijącego się w miłosnym uścisku? Czy ktoś był narażony na przysłuchiwanie się jękom rozkoszy jego partnerki, gdy był w trakcie mycia rąk po skorzystaniu z toalety? Bo Nieistotny zakłada, że amerykanie masowo myją ręce po skorzystaniu z  kibelka.
Nic z tych rzeczy
Jak relacjonują świadkowie, Grimm pojawił się w barze razem z kobietą, z którą wydawał się "zżyty".
- Ciągle wkładał swoją dłoń w tylną kieszeń jej spodni - mówi  świadek w rozmowie z "Brooklyn Magazine".
Wkładał, wkładał. Nieistotny tez lubi wkładać rękę do tylnej kieszeni, co prawda swoich spodni, ale z tego tytułu nikt nie nazywa go onanistą. Wyciąga jednak z tego wniosek, że paradowanie po piątej alei  z rękami w tylej kieszenie jeansów skutkować może oskarżeniem o inne czynności seksualne w miejscu publicznym.
Do tylej kieszeni spodni żony też kilka razy włożył dłonie, a raczej palce bo jeansy z elastyczną nitka są super przylegające. Ona jednak nie potraktowała tego jako specyficznie pojętego umawiania się na seks. A przecież pomimo bycia żoną  jest z nim raczej zaprzyjaźniona.  
W pewnym momencie oboje wstali i poszli razem do toalety. Wyszli dopiero po 17 minutach – dodaje świadek.
Zazdrości, z pewnością zazdrości. A przecież powodów tej chwilowej absencji może być wiele.
W kabinie kongresmena skończył się papier toaletowy i ona poszła interweniować w tej sprawie u obsługi. Ponieważ nie od dziś wiadomo, że to Meksykanie są krwią amerykańskich usług, z powodu bariery językowej trwało to chwilę.
Może było odwrotnie i to  On interweniował u obsługi.
A może potrzebowali porozmawiać bez świadków?
Pan Nieistotny widział wiele filmów,  gdzie ważne kwestie egzystencjonalne załatwia się w trakcie spotkania w toalecie.
Czy tylko lesbijki chodzą razem do toalety by przypudrować nosek?
A może jej zrobiło się słabo?
A może po prostu naszego kongresmena dopadło takie wypróżnienie które Robin Williams w filmie Fisher King nazwał jako „graniczące z mistycyzmem”
Może,  może, może
43-letni nowojorski kongresmen oświadcza, że poszedł za swoją towarzyszką do toalety, ponieważ ta źle się poczuła.
No proszę wyszło na moje  - powiedział do siebie Nieistotny - a poza tym, żeby wydawać oświadczenie w sprawie wyjścia do kibla?
Komuś porypało się w głowie, ale jak na wstępie stwierdził Jan Maria  Ameryka nie jest już taka jak kiedyś, wszędzie rządzi event.  

czwartek, 17 października 2013

Oswajanie słów

Niech żyje wojna!
Muzyczka marsza rżnie
Wojna!
Pieniążki sypią się
Wroga bij w imię Boga
Za cudzą kieszeń oddaj młode życie swe!
To fragment tekstu autorstwa Lucjan Szenwalda. Któż tego nie śpiewał? Legendarny Stanisław Grzesiuk miał to w swoim repertuarze i Szwagier Kolaska, a ostatnio duet Maleńczuk Waglewski.
Wesoła muzyczka, leciutki tekst choć pełen sarkazmu, dotyczy spraw zasadniczych. A potem była II wojna światowa i odbyła się ta ostatnia wojna, bo jak mówi Jean Giraudoux - Każda wojna jest ostatnią. W dawnym obozie socjalistycznym toczyło się wojnę o pokój. Co za paradoks? Można ją toczyć całymi latami. A po co toczyć? Lepiej poczytać Wojnę i Pokój, dzieło pewnego bardzo znanego Lwa.
Z czasem niestety zapomina się o okrucieństwach i w pamięci pozostają tylko zrywy patriotyczne, bohaterstwo i brawurowe dokonania z iście hollywodzkich scenariuszy.
Palimy świeczki na wojennych i bezimiennych mogołach, ale to zwyczaj który nie wywołuje w nas emocji i głębszych refleksji.
Wojna. Śnią o niej chłopcy malowani, co tłumaczy ilość ochotników z Europy w Wiośnie Narodów na bliskim Wschodzie.
Potem się tę wojnę oswaja, bo tak jakoś wychodzi, że świat potrzebuje wojny.
I nagle działania większe niż pyskówka zaczyna nazywać się wojną. A na tak zwanym wolnym rynku, wojna trwa ;praktycznie cały czas.
Kiedy nie dalej niż wczoraj Pan Nieistotny otworzył popularny portal internetowy, okazało się, że przynajmniej dwie wiadomości zwierały w tytule owo magiczne słowo.
A więc na wojnę idą szkoły, linie kolejowe i producenci telefonów.
Znana jest też wojna dwóch koncernów, produkujących identyczny, brązowy i bardzo słodki napój.
Przyzwyczailiśmy się do słowa i straciło ono ten mrożący krew w żyłach charakter. Mówiąc krótko - słowo zostało oswojone.
Ale nie wolno dać się zwieść. W tak zwanej wojnie futbolowej sprzed lat zginęło prawie dwa tysiące ludzi, choć określenie wymyślone nomen omen przez Ryszarda Kapuścińskiego nie wydaje się takie brutalne.
Pan Nieistotny jest zdania, że pewnym wyrazom powinno się się zachować ich oryginalne znaczenie, w przeciwnym wypadku język nasz stanie się letni i rozmemłany. I bez nadużywania określeń znaczenia słów ewoluują.
Kto dzisiaj robi lody czy loda, albo laskę? Chyba tylko specjalistka od sponsoringu, chociaż jeszcze ojciec Jana Marii nazywał tę profesję całkiem inaczej.




środa, 16 października 2013

O korzystaniu z książek


 
Nie jest źle, jeszcze się dziwię – zauważył Pan Nieistotny.
Wielkie jego zdziwienie wywołało pytanie zadane przez dziennikarza jednego z poważnych mediów, brzmiało ono:
- Czy w Pana domu używa się książek.
Odpowiedz brzmiała oczywiście, że się używa.
Pan Nieistotny żachnął się tylko. Przyzwyczajony do precyzji odpowiedziałby, że w jego domu nie tylko, że książek się używa to na dodatek je się czyta.
Nie dalej niż w zeszłym tygodniu Jan Maria używał książek jako podpórki do przycięcia nóg łóżka w pokoju Najważniejszej
Postępy w rehabilitacji a przede wszystkim zainstalowanie specjalnego materaca wymusiło ten zabieg przycinania. We wszelkich takich pracach książki są wręcz niezbędne. Nie idzie tu nawet o popularne poradniki z cyklu zrób to sam. Pan Nieistotny ma sobie za plus, że parę rzeczy już w życiu zrobił, z czego kilka wyszło mu całkiem przyzwoicie.
Do prac remontowych nadają się świetnie pozycje wielotomowe. Towarzyszem wielu napraw był Marcel Proust, czasem trylogia lub grubaśny słownik języka polskiego. „Poszukiwanie straconego czasu” nie raz i nie dwa służyło za dystans choćby do regulacji półek lub ustalania wysokości obrazów. A dodatkowo jak brzmi rzucone od niechcenia w towarzystwie:
- Akurat wczoraj miałem w rękach Prousta i to po raz trzeci w tym roku.
Z takim hasłem to mógłby nawet rwać na intelekt. Tylko Nieistotny nie ma na to czasu, mając pod dostatkiem zasad.
Aby nie wyszło, że Nieistotny jest troglodytą wybierającym tylko najbardziej prymitywne zastosowanie książki muszę zaświadczyć, że widziano go w niedzielę i w markecie budowlanym i przed półką z nowościami w popularnej księgarni. W obu miejscach korzystał z karty płatniczej.
- Pewne rzeczy maja wiele zastosowań - powiedział na podsumowanie Nieistotny, rozłupując przy okazji orzechy które obrodziły obficie w ogrodzie sąsiadki wielofunkcyjnym kluczem szwedzkim. 


wtorek, 15 października 2013

Rytuały


Pan Nieistotny należy do pokolenia które z niepokojem patrzy na późno dzwoniący telefon.
Sam dzwoni do dwudziestej uważając, że po tym terminie jest czas na uspokojenie emocji i prywatność.
I tym razem przeczucia okazały się słuszne. Telefon od kuzyna w piątek po dwudziestej pierwszej mógł zwiastować tylko jedno.
Niestety wykrusza się pokolenie naszych rodziców, oraz rodziców naszych kuzynów.
Z prostego obliczenia wynika, że niektórych członków swojej dalszej rodziny będzie widziałna tej rodzinnej jak by nie było uroczystości po raz ostatni.
Chociaż w sobotę od rana wziął się za rąbanie orzecha, myśl krążyła gdzieś wokół spraw zasadniczych.
Dzień wcześniej przy pomocy piły łańcuchowej pociął konary na stosowne kawałki, a dzisiaj co większe sztuki rozłupywał wzdłuż Tak porąbane drewno pali się zdecydowanie lepiej niż przecięty tylko do odpowiedniej długości konar. Ten trzeba co jakiś czas obrócić w palenisku.
Robota paliła mu się w rękach chociaż ręce miał obolałe i nadwyrężone od wycinania szerokiego na ponad pół metra pnia.
- Nie jest jeszcze ze mną tak źle. Przy drewnie poradziłem sobie całkiem nieźle – pochwalił się w domu
- Bo miałeś dobrą siekierę – schłodził jego optymizm Młodszy.
- Nie ma to jak rodzina – zauważył Jan Maria- Zawsze przypomni o miejscu w szeregu.
Ponieważ do miejsca ceremonii było jakieś sześćdziesiąt kilometrów, Nieistotny z pewnym zapasem czasowym wyruszył w podróż. Od czasu kiedy pozbył się domu w górach i przyrósł do pracy w Krakowie, takie wyjazdy nie są już codziennością
Włączył nawigację ale nie po to by wyznaczyła mu drogę ale po to by posłuchać muzyki z zainstalowanej tam Mp3.
„Biała lokomotywa” – płyta w wykonaniu Jacka Różańskiego zawsze wprowadza go we właściwy nastrój.
- Życie to nie teatr - nucił razem z wykonawcą. I cóż on ma zrobić ze sobą, skoro jak inżynierowi Mamoniowi z Rejsu podobają się te utwory które już kiedyś słyszał?
W oddali zauważył coś na jezdni. Zwierzęce truchło leżało na asfalcie. Zwolnił lekko i przejechał obok. Nie był to ani pies, ani kot. Rozpoznał z trudem brunatną wiewiórkę leśną.
Ofiara komunikacji leżała bezwładnie na asfalcie, a jedynie jej kita unosiła się lekko nad drogę. Podmuch powietrza od przejeżdżających samochodów rozwiewał puszyste włosy ogona na wszystkie strony.
Nieistotny lubi wiewiórki, dlatego ze smutkiem przyjął tę stratę. Rozwój komunikacji wymusił pewne zobojętnienie na psy i koty jako ofiary rozwoju środków transportu.
Jakież było jego zdziwienie gdy dziesięć kilometrów dalej zobaczył podobną kitę smętnie powiewającą na wietrze.
- Jakiś pomór na wiewiórki – pomyślał. Może to orzechy pomieszały im w łepkach?
Uznał za konieczne umieszczenie znaku ostrzegawczego w stylu „uwaga wiewiórki” w miejscach ich pojawiania się Wymyślił nawet formę graficzną, ale kiedy następnego dnia sprawdził w internecie okazało się jak zwykle, że to trudne wymyślić coś oryginalnego. Znak już był.
Kiedy dojechał na miejsce, z daleka dostrzegł ogorzałą twarz kuzyna. Zaparkował samochód i na powitanie zauważył, że wiek wycisnął na nim swoje piętno.
Aby uniknąć pytania o posiadanie lustra w domu, od razu dodał, że i jego samego czas nie oszczędza.
A potem pojawili się kolejni, widziani z okazji ostatniego pogrzebu kuzyni.
Z powodu ślubów odbywających się w nowym kościele na potrzeby ceremonii pogrzebowej proboszcz udostępnił stary drewniany kościółek. Kościółek ma pięćset lat i atmosferę odpowiednia dla żegnania starych górali.
Wujo powinien potraktować to jako swego rodzaju bonus. Jemu jednak było już chyba wszystko jedno.
W zasadzie, jedynym zgrzytem były organy. Nieistotny pamięta, jak będąc dzieckiem irytował się na szum silnika który pompował powietrze do piszczałek. Od tamtego czasu zmienił się być może ustrój, wybudowano nowy kościół, a o biednym silniku wszyscy zapomnieli. Szumiał, charczał i zagłuszał dźwięk organów do tego stopnia, że Nieistotny odniósł wrażenie że oto słucha radiowej transmisji z mszy podczas zmiany kół w zakładzie wulkanizacyjnym.
Wyszedł nawet na zewnątrz lekko poirytowany tym nazwijmy to po imieniu niechlujstwem obsługi.
Znaczy się organisty, ale i proboszcz jako gospodarz jest za ten chrobot odpowiedzialny.
Wolnym krokiem podążył potem za trumną na miejsce wiecznego spoczynku, cichutko wymieniając uwagi na temat pogrzebów z własnym bratem. Ponoć z powodu sprzeciwu posłów którzy jak zwykle wiedza lepiej, nie dane mu będzie być rozsypanym gdzieś pośród tatrzańskich skał czy górskich łąk.
Oni wiedzą lepiej co komu w duszy gra. A my? Przypadkowe społeczeństwo – powiedziała pewna pani poseł, nad którą zapadła już dawno kurtyna zapomnienia.
Nieistotny gotów zgodzić się z opinią, że stają się w ten sposób lobbystami kościoła i zakładów pogrzebowych.
Odrzucając choć na chwilę doczesne problemy, Nieistotny tradycyjnie już wzruszył się mocno słuchając - Anielski orszak niech twą dusze przyjmie...
A potem odwiedził pogrążoną rodzinę w ich domu. Przy herbacie wymienił się numerem telefonu z kilkoma krewnymi. Ma jednak dziwne wrażenie, że nie dane mu będzie z tego dobrodziejstwa książki kontaktów skorzystać.
Bo do kogo tu dzwonić i po co? Zadziwić? Wystraszyć?
Pewnie żeby wystraszyć, bo większość to wiekowa pólka Nieistotnego, stąd ich podobne podejście do telefonu.
Nad wzgórzami zaszło już słońce i ziemię okrył zmrok. Nieistotny wracał do domu i w tej zadumie nad życiem zapomniał nawet o włączeniu jakiejś muzyki. Minął tablicę z nazwą swojej miejscowości, a za chwilę przywitał to wygaszony dom. Tylko okno w sypialni Najważniejszej pozostawało jasne. Sypialnia mieści się jednak od strony ogrodu a więc nie było to bardzo widoczne.
Kiedy zaparkował i otworzył drzwi wejściowe, niczym z pod ziemi pojawiła się sąsiedzka kotka. Zaskrzeczała w swoim stylu i zaczęła się ocierać o nogi Jana Marii. Pogłaskał ja za uchem ale zaraz też przywołał do porządku.
- Już późno, wszystkie dobrze wychowane koty wracają już do swoich domów. Wracaj i ty!
Kotka nie była zadowolona, jej wzrok zdawał się mówić
- A skąd ty wiesz człowieku, że ja jestem porządna ?




poniedziałek, 14 października 2013

Zapiski na pudełku po pizzy

Kali ukraść krowę dobrze. Kalemu ukraść krowę źle.
Z tym swoistym poczuciem, sprawiedliwości Pan Nieistotny spotkał się już w szkole podstawowej.
I chociaż tyle było wzniosłych i wzruszających chwil w powieści Henryka Sienkiewicza, ten cytat przykleił się do niego i trwa. W całej książce nie ma chyba równie popularnego cytatu.
Sam nie pamięta, ileż to razy posiłkował się nim dla wywołania lepszego efektu.
Doświadczenie przodków Jana Marii nie było już takie książkowe. Jak burzowe chmury spadło na nich któregoś dnia - Got mitt uns. I nikt nie zamierzał tłumaczyć dlaczego.
Zawsze jednak bez tłumaczenia można było dostać kopniaka, podbitym stalowymi gwoździami żołnierskim butem. I już wydawało się, że minął strach przed mottem wytłoczonym na żołnierskich pasach i śmiech nad wyrażonym łamaną angielszczyzną zasadą własności, a nam może być tylko lepiej a nawet dobrze mądrze, godnie i sprawiedliwie.
Ale czymże by była historia, nauczycielka pokoleń bez ciągłego powtarzania się.
Jan Maria z niejakim zażenowaniem zauważył, że i jego dzieci odbierają historyczną naukę sprawiedliwości dziejowej
Otóż okazuje się, że teraz demokracja jest z nami. Wszystko co robimy „my” wynika z tej szeroko rozumianej demokracji,
Dla odmiany, każde działanie politycznej konkurencji to owej demokracji zaprzeczenie. Dodatkowo to ich działanie to autorytaryzm, kunktatorstwo i prywata. Co kto woli.
Wszystko zaś bez względu na to co na sztandarach wypisuje dana polityczna opcja czy ugrupowanie.
Aż prosi się by wesprzeć się Sienkiewiczem i zacytować:
Saba ach Saba cóżeś ty uczynił ?

sobota, 12 października 2013

Mistrz krótkiej formy

- I już ? – spytała Ona - Tak krótko?

- To była taka krótka forma, ale mam nadzieję artystyczna – odpowiedział On, nie tracąc animuszu - Mistrzowie krótkich form są często nagradzani. Ostatnio chyba nawet Noblem.

- Mistrzynie – poprawiła natychmiast – wiadomo, że kobiety potrzebują więcej czasu, żeby wyrazić siebie w pełni. Być może takie zmobilizowanie do  formy zwięzłej i krótkiej może mieć jakieś pozytywne zabarwienie.

Jak to się mówi "mleko się już rozlało". Ponieważ jednak było już późno, każde zostało przy swoim zdaniu.  Zresztą wiadomo, jutro z rana do roboty trzeba wstawać.

Tak to realnie spełnia się po wielokroć marzenie poety. Bo nie dość, że książki zbłądziły pod strzechy, to dyskusje o ich autorach do samej sypialni.