wtorek, 9 stycznia 2018

Za zdrowie mojego Szwagra

Wczoraj, wieczorową porą zadzwonił telefon. Spojrzałem na wyświetlacz ale nie ułatwiło mi to podjęcia decyzji. Nie wiedziałem czy podjąć czy też odrzucić połączenie, bowiem wyświetlany numer nic mi nie mówił.
Zaryzykowałem.
Dzwoniła bratanica zony, zapraszając na organizowaną pod koniec stycznia sześćdziesiątkę ojca, czyli urodziny mojego Szwagra.
Gładko uniknąłem jasnej deklaracji, uzależniając wyjazd od pogody, która jak to w zimie może być różna.
- Intryga szyta tak grubymi nićmi – powiedziałem do żony odkładając aparat – To widać słychać i czuć
Prawda – powiedziała żona i był to w zasadzie jedyny komentarz do całego zdarzenia.
O co chodzi?
O to że oczekiwałem oficjalnego zaproszenia
Dlaczego?
Mój szwagier obchodzi w tym roku sześćdziesiątkę. Pora właściwa dla życzeń i gratulacji.
Problem jednak w tym, że od ponad dziesięciu lat pomnaża on PKB Irlandii. Do Irlandii zaś trochę daleko. Zresztą jakoś nigdy nie wyszedł temat jakiejś wycieczki w tamtym kierunku.
Nie można tak dla kaprysu targać przez pół Europy, żeby komuś powiedzieć – Hej! Jesteśmy.
Na okoliczność Jubileuszu Szwagier przylatuje do córki która mieszka gdzieś tam na południowym zachodzie naszego pięknego kraju.
Szwagier przyjeżdża jak ja to nazywam „po szwagrowemu”, czyli w sobotę wieczorem. Mnie czeka dwieście kilometrów w jedną stronę, a potem z powrotem w tym samym dniu . Wszem wiadomo że w poniedziałek trzeba być w pracy.
Niedzielne spotkanie to będzie raczej urodzinowa herbatka u Ciotki Klotk niż ryk wyliniałych, ale zawsze lwów.
Zapakuję więc żonę do auta tym niedzielnym porankiem, obciążając tylną oś teściową i dalej na spotkanie nieznanego. Bo ile Szwagra znam ( czasem mi się wydaje że jak zły szeląg) to nie widziałem scenografii czyli domu jego córki.
Ktoś teraz powie, że trudno mi dogodzić i że powinienem się cieszyć z zaproszenia.
Ależ cieszę się i pewnie z przyjemnością pojechałbym tam w cieplejszych miesiącach, zakładając nawet jakiś delikatny nocleg.
Jak zwykle o życiu decydują drobiazgi. W odświeżanej pamięci drobiazgi rosną i przybierają rozmiary kamieni w Stonehenge.
A że Szwagier wyrył swój ślad w moim życiu może świadczyć choćby fakt, że już dwa miesiące po rozpoczęciu blogowania w listopadzie 2008 r poświęciłem mu post, który Onet zamieścił na swojej pierwszej stronie. Ktoś z komentujących zarzucił mi, że swoim postępowaniem zniszczyłem rodzinę.
Zaraz, zaraz, A czy szwagier to jeszcze rodzina?
Takie pytanie postawiłem w tytule posta który przypominam poniżej

Czy szwagier to jeszcze rodzina ?
28 lis 2008

W jednym z odcinków kultowej „Stawki większej niż życie” pewien kolejarz zwraca się do dowódcy partyzantki o zwolnienie zatrzymanego szmuglownika. Komendant pyta
- To wasza rodzina ?
- Zaraz tam rodzina. Szwagier – odpowiada kolejarz
A więc jak to z nim jest? Czy szwagier to tylko złośliwy dodatek do żony, jak teściowa i otrzymuje się go w pakiecie? Czy może relacje z nim można ułożyć w sposób prawidłowy, normalny i rodzinny?
Na początku wczuj się w sytuacje szwagra. Ty jesteś w końcu facetem który każdej nocy śpi z jego siostrą. To może być już powód jego nerwic i depresji.
Jestem zdania, że na bycie rodziną trzeba sobie zasłużyć, nic nie działa bowiem z automatu. Nie widzę jednak powodu dla którego nie mielibyśmy polubić i zaakceptować tego faceta, który widywał w młodości twoją żonę bez ubrania. W przeciwnym wypadku pozostaje nam tylko ukute przeze mnie stwierdzenie : szwagier szwagrowi szwagrem .
Mój szwagier (powiedzmy) Leszek, towarzysz nie jednej wspólnej imprezy , współsłuchacz Cohena, miłośnik wina i fajek, które namiętnie paliliśmy zaraz po ślubie stał się w pewnym momencie naszego rodzinnego życia ofiarą.
Spokojnie, stał się ofiara testu na luz wewnętrzny i poczucie humoru.
Pracowałem wtedy w firmie rozprowadzającej akcydensy. Pod tą dziwaczną nazwą kryją się wszelkiego rodzaju druki do wykorzystywania w administracji państwowej i działalności gospodarczej. Delegacje, kartoteki magazynowe czy na przykład upomnienia z biblioteki.
Właśnie to ostatnie nasunęło mi pewien pomysł związany z moim szwagrem.
Namiętny czytelnik dobrej literatury któregoś pięknego dnia otrzymał pocztą wezwanie do zwrotu do biblioteki całej serii książek. Wszystkich jakimś trafem o zabarwieniu erotycznym. Te wymyślone tytuły wraz z autentycznymi opracowaniami wypożyczono w nieistniejącej bibliotece. Niedzielny obiad u teściowej z początku spokojny, zakończył się żalami szwagra, że oto jakiś erotoman na jego konto wypożyczył kupę książek o seksie i ich nie zwraca.
Ulica na jakimś zadupiu Krakowa wymagała dojazdu trzema autobusami miejskimi. Szwagier był zdruzgotany.
Nic nie sprawia większej przyjemności niż zrobić dowcip komuś kto się tym przejmuje. Kiedy stwierdziłem, że haczyk złapał i szwagier odpowiednio się przejmuje, powiedziałem :
- Stawiasz wino a ja powiem Ci co zrobić.
Po degustacji winka potargałem wezwanie i przyznałem się do dowcipu. Szwagra puściło.
Stał się jednak czujny i początkowo nie wierzył nawet w kwity z elektrowni.
Dla mnie oznaczało to tylko jeszcze większe wyzwanie
Minęły dwa lata od tamtej sytuacji. Zbliżały się trzydzieste urodziny mojego Szwagra. Postanowiłem, że uczcimy te urodziny z rozmachem. Przygotowałem więc wezwanie do odbycia dwutygodniowego szkolenia wojskowego. Druk miałem pod ręką, ale żeby nie powielać bezmyślnie starej sytuacji, podobne wezwanie wysłałem również do siebie. Dla równowagi.
Tu muszę dodać, że jesteśmy z tego samego roku.
Jubileuszowa impreza nadeszła. Udałem się z na imprezę. Przysłowiowe pół litra i szaliczek, życzenia, cmok-cmok z dubeltówki i do stołu. Szwagier stanął mi jednak na drodze do biesiadnego stołu. Uśmiechnięty, że oto złapał mnie na żarcie, grożąc palcem powiedział
- Oj szwagier, szwagier, nie dam się nabrać…
Wtedy ja wyciągnąłem z kieszeni swoje wezwanie. Podstawiłem mu pod nos i spytałem
- Czy o takie żarty ci chodzi?.
Leszek zaniemówił. Osunął się z lekka po futrynie i stracił humor. Drinkowaliśmy więc i narzekaliśmy na niedogodności służby wojskowej. Gdzieś koło dziesiątej wstałem i powiedziałem
- Leszku, Szwagrze mój, mam dla ciebie wspaniały rocznicowy prezent. Kieruję cię do cywila.
I tym razem przyznałem się do dowcipu. Ulga jaką poczuł w tamtej chwili była bezcenna. Nieraz ją zresztą wspominał w towarzystwie tak zwanych osób trzecich.
Tak to żartując sobie od czasu do czasu wychowywaliśmy dzieci, odwiedzali się czasem nie zapominając o drinkowaniu( oczywiście z umiarem.
Aż nadszedł ten dzień kiedy poruszyła się ziemia. Jesienny i ciepły.
Późnym popołudniem wybraliśmy się do Szwagrówki jak nazywałem mieszkanie Leszka. Pewnie na jakąś herbatę z pogaduszkami.
Domofon burczał - brrrrrr !!. Czekamy, słychać już ujadającego psa na czwartym piętrze i pytanie z głośnika
- Kto tam ?
- Ja w sprawie kradzieży samochodu – odpaliłem trochę automatycznie, działając na tzw żywioł. Szwagier zawsze tak na mnie rozrywkowo działał . Usłyszałem dźwięk zamka elektrycznego i nim zdążyłem cokolwiek wytłumaczyć, Szwagier z czwartego piętra był już na parterze. Kiedy mnie zobaczył przeklął tylko z lekka i zaczął wracać po schodach do góry.
Weszliśmy do domu ale emocje były tak wielkie, że Lechu aby rozładować emocje zdjął sweter i rzucił przez cały pokój, Sweter zatoczył łuk i spadł na kwiatka. Dorodna dracena w jednej chwili straciła pióropusz i stała taka goła, w dużej donicy na małym taboreciku. Patrząc na efekty tego odstresowania, Lechu podbiegł do gołego pnia i skopał go z podwyższenia. Ziemia rozsypała się wokół ale doniczka nie pękła. Szwagier jak w jakimś amoku skoczył dwa razy na donicę ( a jest człowiekiem dużej wagi i miary) aż ta rozpadła się na kawałki.
Nie czekałem na ciąg dalszy salwowałem się ucieczką albo inaczej wycofałem się na z góry upatrzone pozycje . Po około pół godziny wróciłem do domu Szwagrów i przepraszając za zaistniały incydent zapewniłem, że nie będę robił sobie z niego dowcipów.
Słowa dotrzymałem ale przez to nasze kontakty stały się wyprane z emocji, sztampowe i trochę sztuczne. Z czasem prawie zanikły.
W ostatnim dowcipie nie uwzględniłem wielkiego przywiązania szwagra do własnych rzeczy. Teraz spotykamy się tak rzadko, że spokojnie mogę powiedzieć
- Wszyscy swoi tylko szwagier obcy
A może to tylko dlatego, że wyjechał do Dublina ?



środa, 3 stycznia 2018

Te chwile kiedy czuję sie lepszy niż jestem.

Lubie sobie poczytać Księdza Bonieckiego. Korzystam z darmowej możliwości czytania Tygodnika Powszechnego. Kiedyś lubiłem też Księdza posłuchać, ale okazuje się, że w moich gustach różnię się zdecydowanie od przełożonych Duchownego.
Bez oglądania się na zasady pisowni języka polskiego specjalnie użyłem określeń funkcji z małej albo dużej litery.
Od dawna uważałem, że po takiej lekturze czuję się lepszy. Nie żebym był lepszy, ale czuje się lepiej. To takie trudne w ostatnich zwłaszcza czasach.
Znak czasów jest zaś taki, że pozostaje mi tylko lektura tekstów.
O moi rodzice. Chwała Wam za to, że nauczyliście mnie czytać. Czytać ze zrozumieniem – parafrazowałem cytat z Moliera.
Fragment z felietonu który poruszył brzmiał:
... Mówi się niekiedy, że żyjemy w czasach bylejakości, bez prawdziwych autorytetów. Ale może my prawdziwych autorytetów wcale nie chcemy, a na miejsce zajmowane dotąd przez autorytety stawiamy podobne do nas miernoty, „autorytety” na nasz własny obraz i podobieństwo? Autorytety prawdziwe zaś co najwyżej uznajemy dopiero po ich śmierci? Iluż jest pośmiertnych piewców wielkich ludzi, którzy kiedy ci żyli, albo ich lekceważyli, albo zatruwali im życie. *1
Ze smutkiem muszę przyznać, że ta niechęć do autorytetów to nie jest wynalazek ostatnich czasów.
W czasach słusznie minionej epoki, też gardziło się autorytetami. Autorytetem zgodnie z logiką był w danej chwili jeden człowiek, a jednostka była niczym.
Majakowski napisał że
Jednostka - zerem, jednostka - bzdurą, sama - nie ruszy pięciocalowej kłody, choćby i wielką była figurą, cóż dopiero podnieść dom pięciopiętrowy.
Wartością była partia, podejmująca wspólne decyzje. Kolektywne a więc pozwalające na ukrycie się za plecami towarzysza. W wypadku wtopy też uwalniały od odpowiedzialności plecy towarzysza. Jakież to bezpieczne.
Zadziwiające jest to, że mając w takiej pogardzie jednostkę doprowadzono w czasie tak zwanego okresu błędów i wypaczeń do jej kultu. Ale to już całkiem inna historia.
Potrzeba nam dobrych wzorców, ludzi z których dorobku można by czerpać własnym rękami.
Zauważył to nieodżałowany Bułat Okudżawa który śpiewał parę dekad temu
A przecie mi żal, że nad naszym zwycięstwem niejednym Górują cokoły, na których nie stoi już nikt  *2
Wyciągnęliśmy naukę z historii?
Tak, tak. Jednostka teraz wszystkim. Znów w modzie cokoły, Naczelnik, Sulejówek choć jakby bardziej „neo”.
Analizując słowa Księdza Bonieckiego zauważyłem, że korzystamy z dorobku kolejnego wielkiego Polaka. Wszak to Mikołaj Kopernik napisał rozprawę o wypierana pieniądza lepszego przez pieniądz gorszy. Odnoszę wrażenie, że ta ze wszech miar aktualna pozycja odnosi się nie tylko do pieniędzy


sobota, 23 grudnia 2017

Wesołych Świąt


Wesołych?
Być może wystarczy tylko Zdrowych, albo Spokojnych?
A co się będziemy ograniczać.
Wszystkiego o czym marzycie w kontekście tych Świąt niechaj  się spełni.

Jan Maria Nieistotny 

  

wtorek, 19 grudnia 2017

Ciasteczkowa wróżba

Najpierw na amerykańskich filmach a teraz i u nas spotkać można scenę, gdy na zakończenie posiłku w chińskiej knajpie zagryza się ciasteczko z zapieczoną wewnątrz wróżbą. Zwykle w jakiś sposób można ją dopasować do filmowej akcji, bądź naszego życia.
Za pomysłem poszedł pewien wytwórca napoi. Po zerwaniu kapsla mogłem odczytać hasła w stylu - „tylko ty”. Nie było problemu gdy konsumowałem płyn razem z małżonką, gorzej gdy z biznesowym facetem który dodatkowo żadną miarą nie był w moim typie.
Od dawna pamiętam, że pewnym wydarzeniom przypisywałem drobne zdarzenia, które zdarzały się wcześniej lub bezpośrednio po fakcie.
Pamiętam swój pierwszy egzamin z historii państwa i prawa, oczywiście oblany.
Dotarłszy resztkami sił do domu, wraz ze znajomymi zapodaliśmy na gramofon Grechutę. Poezja w końcu łagodzi obyczaje.
Spod igły wyszły mniej więcej takie słowa
Był już taki egzamin z historii który wszyscy uczniowie oblali i został po nich uroczysty cmentarz
Spojrzeliśmy po sobie z przerażeniem.
Szybko zdjąłem longa z gramofonu i był to chyba jedyny raz gdy zrobiłem to Panu Grechucie.
Pomyślałem chwilę i na talerzu wylądowała płyta Czerwonych Gitar z pozytywnym przesłaniem
Jeszcze swój egzamin zdasz przyjdzie taki czas.
Zrobiło się miło.
Być może ktoś inny nie zwraca uwagi na takie drobiazgi, ja tam jestem szczególarz
Z rana kurier dostarczył mi paczkę za zaliczeniem. Wypłaciłem należność i potwierdziłem odbiór.
W środku gadżet do mojego motocykla. Mały, drobny, gustowny i jak dla mnie drogi.
Otworzyłem kopertę z dmuchanymi bąbelkami. W środku przezroczyste plastikowe opakowanie i gadżet opakowany w dwie kartki wyrwane z książki.
Trochę to mną wstrząsnęło bo do dzisiaj nie potrafię wyrzucić książki na śmietnik.
Kiedy minęły pierwsze emocje, spojrzałem na zadrukowana kartkę. Oczom moim ukazał się tytuł rozdziału 


Za późno na łzy
Przesunąłem wzrok niżej-  Dlaczego ? Dlaczego ? Dlaczego?
Nie czytałem dalej, rzuciłem się nerwowo do rozpakowania zakupionego towaru.
Uff, wszystko w porządku.
Znów poniosły emocje, towar wygląda tak jak trzeba i mam nadzieję, że tak pozostanie.
Przypomniała mi się wtedy ta historia z piosenkami, którą zacytowałem na wstępie.
Ponieważ nie umiałem ot tak wyrzucić zmiętych kartek do kosza, starannie rozprostowałem je i zacząłem czytać.
Nie była to literatura wysokich lotów, ale kiedy doszedłem do zdania – „zapadła między nimi cisza niczym miecz Demoklesa” zmiąłem kartki i zdecydowanym rzutem umieściłem w koszu
Może ja rzeczywiście przesadzam z tym szacunkiem do słowa pisanego?
Mówią - nie ucz starego wróbla latać. Chociaż w jednej z ciasteczkowych wróżb wyczytałem, że nigdy nie jest za późno by nauczyć się latać.
Nauczyłem się zdałem egzamin i z kolegą planujemy trochę polatać po mieście z drobną pomocą ukochanych motocykli. 
Wróbel umie a i my dojdziemy do wprawy.

wtorek, 12 grudnia 2017

Wina,wina dajcie !

Kiedy zobaczyłem ten nagłówek i zapoznałem się z treścią artykułu, poczułem się jakby ktoś lał miód na moje serce. Co tam miód, jakby ktoś lał na nie dobre wino. Od czasów młodości zmieniła mi się nieco definicja dobrego wina. Kiedyś uważałem, że tanie wino jest dobre ponieważ jest dobre i jest tanie. Teraz też nie kieruję się wyłącznie ceną ( niemożliwe przy moich dochodach) a intuicją i jakimiś wewnętrznymi przeświadczeniami. Może to nie wewnętrzne przeświadczenie, ale starcze zdziwaczenie skoro na przykład nie mogę się zdecydować na wino z niebieską etykietą. Niechęć do niebieskiego pozostała mi od czasu gdy zostałem zmuszony do degustacji denaturatu. Pewni gościnni tubylcy postawili mi wybór - bańka albo w ryj ! Bardzo byłem przyzwyczajony do swojego ryja w stanie nieobitym stąd decyzja o wzniesieniu toastu. Zachowałem twarz ale niechęć do niebieskiego pozostała.
Ad rem - jak mawiali starożytni.
Tytuł brzmiał - Amerykańscy naukowcy twierdzą że wino rozwija naszą inteligencję.
I dalej : Picie tego szlachetnego trunku lepiej wpływa na funkcjonowanie naszego mózgu niż słuchanie muzyki czy rozwiązywanie skomplikowanych zadań matematycznych – twierdzi jeden z neurobiologów pracujących na amerykańskim uniwersytecie Yale. Czy to nie świetna wiadomość?
Pewnie że świetna. Co prawda muzykę lubię bardziej niż się na niej znam, czyli instynktownie. Z matematyką jest gorzej bo instynkt w naukach ścisłych nie sprawdza się tam gdzie nie ma wiedzy. Określenie, że oto jestem humanistą brzmi jak kiepski wykręt dla pasjonatów całek i silni.
Naukowiec swoją teorię przedstawił w wydanej właśnie książce pod znaczącym tytułem: „Neuroenology. How the brain creates the taste of wine”. Gordon Shepherd podkreśla w niej, że picie wina jest skomplikowanym procesem, w który zaangażowane są różne elementy – m.in. to w jaki sposób je sączymy, jak nasz język reaguje na kontakt z trunkiem oraz to, jak nasz nos zachowuje się po kontakcie z aromatem wina.
Czyli inaczej niż z gorzałą, którą pijemy mocno zmrożoną, aby zapach nas nie drażnił i lejemy prosto w gardło, omijając język. W moim przekonaniu picie wina wpływa też na empatię i ogólną wyrozumiałość.
Nie zdarzyło się bowiem, by pijący wino miał pretensję do kompana, że woli wódkę. Pijący wódkę zawsze czepiają się pijących wino, że to niby tylko takie markowanie picia. O homofobicznych określeniach delektowania się winem już nawet nie wspominam.
A przecież picie wina to nie jest niemieckie ruck zuck.
Nie jest tak, że tylko przełykamy wino i nic więcej się nie dzieje – tłumaczył naukowiec
Pewnie, że się dzieje. Czasami trochę boli głowa, zwłaszcza gdy się przesadzi lub pomiesza. Jak to mówią wtajemniczeni, jest to wpisane w koszta.
Na zdrowie.

środa, 6 grudnia 2017

Tylko dla twoich oczu

Kiedyś tam, jeszcze w poprzednim wieku, Szanowna Moja Małżonka postanowiła zrobić mi nie lada prezent. Drogą kupna nabyła komplet fikuśnej bielizny i wystrojona w niego, stanęła przede mną w pewien piękny i późny sobotni wieczór.
Byłem zachwycony, między innymi i tym, że moje oczy jako pierwsze widziały to zestawienie delikatnej koronki z ciałem mojej żony.
Zmysły szalały, choć muszę przyznać, że wtedy działała jeszcze wyobraźnia. Dzisiejsze zaś zmysłowe komplety bielizny nie pozostawiają już dla wyobraźni żądnego miejsca.
Zdewaluowało się również pojęcie szacunku do rzeczy pierwszych. Pierwszy raz, według obiegowej opinii wydaj się być sprawą kłopotliwą, sprawą dla frajerów lub bardzo bogatych starszych panów. Ileż ja mam wspomnień z tego mojego pierwszego razu, ileż sentymentu.
W dobie mediów społecznościowych liczy się tysiąc, a może nawet i dwa tysiące. Dlatego też jakaś młoda małżonka lub partnerka, kupuje dla swego faceta komplet inspirującej bielizny i nim pojawi się w nim przed swoim lubym, zamieszcza swoje zdjęcie na Facebooku lub Istagramie z dopiskiem – To dla mojego Misia. 


W ten oto sposób wymieniony w podpisie Misio jest siedemset pięćdziesiątą osobą która może napaść oczy tym miłym skądinąd widokiem.
Tylko dla twoich oczu – tak zatytułowany był jeden z filmów z Jamesem Bondem, Agentem 007.
Tak, ale to był rok 1981. Czasy Rogera Moorea, a więc jak widać dość dawno temu.
Może nie powinienem narzekać, ob przecież jakby przy okazji też mogę popatrzeć.
Nie mam jednak natury podglądacza, zwłaszcza cudzych żon.
Jestem facetem i jak mówią - Noblesse oblige

czwartek, 30 listopada 2017

O zaangażowaniu w wyższej sprawie

Telewizja pokazała,
A uczeni podchwycili,
Że jednemu psu gdzieś w Azji
Można przyszyć łeb od świni.

Tak śpiewał o telewizji Jacek Kleyff, jeden z założycieli niezapomnianego Salonu Niezależnych.
Piosenka z 1972 roku jest co prawda o telewizji, ale pierwsze wersy utworu zmuszają do zastanowienia. W jakiej kolejności to się odbywa? Czy to naukowcy wymyślają a media prezentują, czy tez może to media prowokują jakąś tezą, a naukowcy ze wszystkich sił próbują ją udowodnić.
Wychodzą z tego różne rzeczy, raz odkrywcze raz pokraczne. A może o to właśnie idzie?
Przeżyć życie całkiem na serio jest bowiem tak samo trudno jak spędzić je bez odrobiny powagi.
W jakich kategoriach odczytać poniższą informację? To pozostawiam samym czytelnikom.
Zauważyłem oto taki tytuł na jednym z portali
Naukowcy: Oglądający porno stają się bardziej religijni. Ale seanse muszą odbywać się minimum raz w tygodniu *
Czego to się nie zrobi dla własnego zbawienia. Dlaczego jednak mam do codziennego menu wstawić pornosy? Od czasu do czasu to inna sprawa.
Okazuje się, że za głębszą religijność oglądających pornografię odpowiada poczucie winy, które towarzyszy im w czasie seansów, a zbliżenie się do wiary to rekompensata za popełniane występki? Tak właśnie się dzieje zdaniem amerykańskiego socjologa Samuela Perry'ego
Jak zwykle trzeba było znaleźć grono osób które do oglądania pornografii się przyznają a jeszcze dodatkowo chcą o tym podyskutować. Ameryka to kraj cudów, a więc uzbierało się 1300 gadatliwych i cierpliwych, bowiem badania trwały 6 lat
Na początek okazało się, że ci, którzy często i regularnie oglądali porno, wydawali się bardziej religijni, częściej się modlili i uczestniczyli we mszy świętej, niż ci, którzy mieli w zwyczaju obejrzeć film porno od czasu do czasu.
No i znów okazało się że jeżeli coś się robi to trzeba to robić z pasją.
Nie liczy się to, że od czasu do czasu zerknie się ja jakąś opaloną gołą dupę w akcji. Liczy się by robić to regularnie.
To tak jak z uprawianiem sportu, zażywaniem magnezu, czy myciem zębów.
Z myciem zębów to jest akurat problem. Perry zaznacza, że oglądający filmy dla dorosłych na tyle często, że „staje się to dla nich naturalną czynnością, jak mycie zębów” nie powoduje już wyrzutów sumienia i nie wpływa na głębokość czy intensywność wiary.
Jak więc zmobilizować przeciętnych członków społeczeństwa do oglądania popularnych „pornosów”
Pole dla pomysłów wszelkiej maści jest tu bardzo szerokie. Można po dobroci, można też nakazać. To nakazywanie robi się ostatnio coraz bardziej popularne.
Naukowiec pisze dalej, że dla religijnych Amerykanów i oglądanie pornografii jest sprzeczne z ich poglądami na moralność i seksualność. – Pogodzenie tych stanowisk to dla nich ogromny problem, zwłaszcza dla tych, którzy oglądają filmy dla dorosłych często.
My tu w Polsce jakoś sobie z tym radzimy.
A ja cytując Wojciecha Młynarskiego - oczami wyobraźni bo na szczęście jej nie tracę, widzę ... Jak autorytety moralne i pasterze namawiają do oglądania w wyższym celu filmów na popularnej stronie z filmami XXX.