piątek, 30 sierpnia 2013

SMS-y PRL-u

Pan Nieistotny należy do pokolenia które kiedyś wysyłało i odbierało telegramy.
Ponoć ta usługa już nie istnieje.
Telegram to taki SMS drukowany na pasku papieru, nalepiany na druku z napisem „telegram” i dostarczany do drzwi adresata przez specjalnego posłańca.
Same wiadomości przesyłano przy pomocy dalekopisu. Już to czyniło wiadomość ważną i wyjątkową
Bywały telegramy okolicznościowe z okazji ślubu lub imienin. Te nalepiano na specjalny arkusz ozdobny. Oraz te inne z ważnymi informacjami.
Czasy się zmieniały i dostawców złych wiadomości nie skracano o głowę, co najwyżej nie płacono mu symbolicznej kwoty kieszonkowego, które każdy starał się wręczyć.
Dostarczanie telegramów było więc dochodowe chociaż wymagało stalowych nerwów.
Sam telegram kosztował dość słono dlatego oszczędzano jak się da na słowach i znakach interpunkcyjnych.
Wychodziły z tego przedziwne sytuacje.
Jan Maria pamięta jak kiedyś jego ojciec otrzymał telegram o treści:
„Ojciec umarł. Pogrzeb w środę. Kryśka”
Ponieważ na wsi, skąd pochodził ojciec nieistotnego, jedyny telefon znajdował się na plebanii, trzeba było wytrwać z tą okrojoną wiadomością do środy. Konkretnie do wtorku, bo ojciec zdecydował o tym by wyjechać wcześniej. Na wsiach modne było nocne czuwanie przy zwłokach, zwłaszcza przed pogrzebem.
Wieńce ze świeżych kwiatów wylądowały w bagażniku samochodu. Czerwone goździki jak pamięta Pan Nieistotny, wystawały spomiędzy gałązek jodły a fioletowa szarfa mówiła o miłości do zmarłego ojca.
Wątpliwości zaczęły rodzić się po drodze.
Wtedy dopiero ojciec zdał sobie sprawę, że telegram podpisała jego siostrzenica.
Kiedy otwarły się drzwi do chałupy, a wewnątrz zauważyli dziadka spokojnie kurzącego kolejnego „sporta”, wszystkim puściły nerwy.
- Będę długo żył – podsumował dziadek oglądając czwarty w tym dniu wieniec z wyrazami miłości dla niego.
Pogrzeb szwagra odbył dnia następnego, a na świeżej mogile położono kilka wieńców bez szarf.
Dziadek dożył dziewięćdziesięciu pięciu lat w dobrym zdrowiu.
Dlaczego to wszystko wspomina?
Bo dzisiaj rano znalazł w swojej skrzynce na listy awizo na list polecony.
Zaraz też zaczęło się wielkie myślenie i delikatny niepokój. Po przyjeździe do sąsiedniej miejscowości gdzie znajduje się poczta, po pierwsze okazało się że punkt został przeniesiony w inne miejsce. Gdy znalazł miejsce, że ten nowy otwierany jest dopiero o 8.30.
Pozostała niepewność która potrwa do końca dnia pracy.
Bo któż i po co wysłał ten list polecony?
W zasadzie już teraz mógłby udać się do spowiedzi, bo na okoliczność awiza zrobił krótki rachunek sumienia.

czwartek, 29 sierpnia 2013

Pierogi

Jan Maria wychodzi z domu koło godziny siódmej jak każdego dnia od czasu zmiany miejsca zamieszkania. Ostatnimi dniami wraca jednak do tego domu po dwudziestej. Szpitalne odwiedziny zaburzają zupełnie cykl dnia, ale są tak samo ważne dla Nieistotnego jak i dla Najważniejszej.
W takiej sytuacji na plan dalszy zeszły pomidory i słoneczniki, które złamały się pod ciężarem pełnych kwiatów.
- Może w sobotę – myśli sobie patrząc na ogrom prac i dorzuca te ogrodowe do robót elektrycznych, zaplanowanych już wcześniej. Ponoć nuda jest najgorsza, ale od czasu do czasu nicnierobienie działa terapeutycznie.
Kiedy wchodził wczoraj do sali szpitalnej, przywitał go charakterystyczny dźwięk aparatury podtrzymującej życie. Monitor pokazywał wykres serca wartość ciśnienia i takie tak. Do tego popiskiwał w równych odstępach czasu.
- O widzę, że macie maszynę do robienia „pim”. Dyrektor szpitala bardzo ją lubi – powiedział na przywitanie cytatem z filmu „Sens życia” Monty Pythona.
- Może i Pan Dyrektor ją lubi , mnie normalnie wku...ia – odpowiedziała na powitanie Najważniejsza.
Dynamika jej wypowiedzi świadczyła, że owo „pim” musiało jej nieźle dopiec. Dzięki Bogu maszyna była zainstalowana nie przy jej łóżku co pozwoliło przypuszczać, że rokowania co do rekonwalescencji są pozytywne.
Swoją drogą to takie dziwne i egoistyczne, że dziękujemy bogu za to, że nieszczęście trafiło obok.
Pielęgniarka wykazała się empatią i po niecałej dobie pracy znacznie owo piszczenie przyciszyła.
Dwie godziny minęły błyskawicznie i trzeba było się zwijać do domu. Nie tak szybko jednak.
Młody który towarzyszył Nieistotnemu w odwiedzinach szpitalnych, wywiózł go potem do sklepu z oświetleniem, gdzie namówił do zakupu kinkietów do swojego pokoju.
Sam Jan Maria nie mógł nadziwić się jak sprawnie to namawianie Młodemu poszło, a z drugiej strony, jak szybko pozbył się zastrzyku gotówki. Przecież ta kasa spłynęła do niego dosłownie pół godziny wcześniej.
- Jednak wcześniej pieniądze trzymały się mnie lepiej – stwierdził Nieistotny.
Po chwili zaś dodał jakby usprawiedliwiając się sam przed sobą – a może po prostu miałem ich kiedyś więcej?
Pierogi ruskie wyprodukowane przez teściową wypełniły jednak teść wieczora, przesuwając do tyłu mniej istotne rozważania nad przemijaniem pieniędzy i życia jako takiego.
Dziesięć sztuk to jednorazowa norma Jana Marii.

środa, 28 sierpnia 2013

Brodzić pośród suchych liści

No to się ładnie nastukałaś - powiedział Pan Nieistotny na przywitanie szanownej małżonki.
Najważniejsza podniosła głowę i spojrzała na niego mętnym spojrzeniem. Chwilę później wydała z siebie schrypły głos z powodu gardła pokaleczonego rurą intubacyjną.
Ileż to razy widział już ślubną w takiej sytuacji?
Chyba z dziesięć. Przyzwyczaił się więc do tego zmętnienia wzroku, nielogicznych odpowiedzi a nawet pytania dnia następnego - czy był wczoraj?
Przy sąsiednim łóżku jakiś facet cierpliwie zajmował się kobietą, próbującą coś wyartykułować głośno i niewyraźnie.
- Po wylewie - pomyślał Jan Maria i zaraz tymi myślami podzielił się z teściową, stojącą obok tego samego łóżka jego żony.
Kiedy pocałował żonę na do widzenia i wychodził już prawie z sali, odwrócił się do tamtej kobiety i z uśmiechem empatii pożegnał się z nią.
Umęczona cierpieniem twarz uśmiechnęła się również na chwilę i kiwnęła delikatnie głową.
W czasie licznych odwiedzin w szpitalach nauczył się tego uśmiechu. Umiał też już rozmawiać z chorymi. Dobierał tematy do okoliczności, a raz nawet niczym ktoś z najbliższej rodziny podał rękę umierającemu pacjentowi.
Tamten skonał trzymając Jana Marię za rękę. On przyjął to z dużym wzruszeniem. Wiedział, że dla tamtego człowieka był w tej chwili kimś bliskim a więc i ważnym. Nie czuł się wtedy ani trochę nieistotny. To było parę lat temu.
Późnym wieczorem dotarł do domu, sprawdzając na liczniku odległość pomiędzy szpitalem a domem. Dwadzieścia pięć kilometrów.
Pomylił się w swoich domysłach o pięćset metrów. Nieźle.
Kiedy następnego dnia wszedł do szpitala, teściowa zaraz po przywitaniu powiedziała mu co i jak.
Pacjentka z sąsiedniego łóżka choruje na SM czyli stwardnienie rozsiane. Parszywa choroba, która po kawałku zabiera sprawność fizyczną czyniąc człowieka całkowicie zdanym na łaskę najbliższych, jeżeli takich, oczywiście posiada. Dla równowagi sprawność intelektualna pozostaje na tym samym poziomie, pewnie po toby zdawać sobie sprawę z tej zalezności i dodatkowo cierpieć.
Czternaście lat choroby tej kobiety to czternaście lat opieki jej męża i rodziny. Szybko obliczył ile lat miał wtedy jej mąż. Mówią, że życie mężczyzny zaczyna się po czterdziestce. Innym z tą czterdziestką się kończy. Oczywiście w pewnej tradycyjnej formule.
Nie wszyscy wytrzymują to wszystko co funduje los. Ponoć na takim turnusie rehabilitacyjnym dla ludzi z SM, około siedemdziesięciu procent osób to ludzie samotni. Te siedemdziesiąt procent ludzi zostało opuszczonych przez swoich partnerów.
Pan Nieistotny nie ocenia, uważa, że trzeba być silnym psychicznie w takich sytuacjach, a nie wszyscy są.
Mąż tej kobiety powiedział nawet, że trzeba mieć ten dar. Jan Maria nie używa tak wielkich słów. Nie ma również tak długiego doświadczenia. Razem z Najważniejszą zmagają się z inwalidzkim wózkiem już trzy? Nie, cztery lata. Patrzcie państwo jak ten czas leci.
Jan Maria brutalnie wykorzystał sytuację by wesprzeć Najważniejszą.
- Spójrz na tę kobietę, Ona naprawdę cierpi i w dzień i w nocy. Twój wózek stawia cię w zdecydowanie lepszej sytuacji. My marzymy aby iść na spacer jesienną aleją, szurając butami pośród suchych kolorowych liści, on żeby mógł posadzić żonę na wózek i w ogóle wyjechać z domu.
W tej sytuacji jesteśmy szczęściarzami.
Spojrzała na niego chłodno
- Jeżeli to się nazywa szczęściem, to ja chciałabym przeżyć przeciętne życie i niech szczęście się do mnie nie uśmiecha.
- Póki co po szpitalu i rehabilitacji, pojedziemy do parku by zanurzyć koła w kolorowych liściach i jak łódka brodzić.
- Bredzisz powiedziała żona, ale widać było, że leki przeciwbólowe zaczęły przejmować nad nią kontrolę.

wtorek, 27 sierpnia 2013

Do tych pól

Kiedy Pan Nieistotny sprzedawał swój dom w górach, tłumaczył przyszłemu nabywcy, że oprócz wspaniałych wakacyjnych miesięcy, urokliwych wrześni czy kwitnących majów
oraz skrzących się śniegiem styczni, bywają również w każdym roku: deszczowe listopady i rozmoczone topniejącym śniegiem marce.
- Zdaję sobie z tego sprawę – zapewnił nabywca
- Posiadając tę wiedzę, lżej będzie zmagać się z siłami przyrody – zapewnił.
Życie bowiem w stuletniej chałupie, na północnym stoku stromej góry, nie jest takim zwykłym wyjadaniem kaszy z mlekiem. To szarpanina, pot i łzy. Czasem, chociaż zdecydowanie rzadziej, uniesienia graniczące z mistycyzmem i właśnie dla nich warto poświęcić tamte łzy.
Z doniesień jakie płyną z tamtego kierunku wychodzi na to, że nowi właściciele temat wsi znają najbardziej z „Chłopów” Reymonta, albo nawet z ich szkolnego streszczenia.
- Pozwól ludziom na własne błędy – upominał go licealny jeszcze kolega. - Nie pamiętasz już jak sam uczyłeś się tej wsi. Teraz lecisz z pamięci jak małżonek w sypialni po dwudziestu latach małżeństwa. Oni mają jeszcze wzloty i upadki. Sam zaś mówiłeś, że warto.
Wspomnienia to już choć nie całkiem odległe.
Nieistotni kupili dom na wsi, zaraz obok dużego miasta i z tej perspektywy porównują tę wieś z tamtą. Przykładają do siebie tamte upadki z obecnymi, chociaż po górskim przeszkoleniu tych obecnych jest jakby mniej.
O tych deszczowych listopadach przypomniał sobie Jan Maria właśnie dzisiaj, kiedy wychodził z rana do pracy. Delikatna mgła snuła się nad polami dusząc zapach traw i ziół unoszący się do góry.
Z tymi ziołami to może przesada, bowiem bajeczne łany pszenicy rosnącej naprzeciw domu zostały zżęte a powstałe ściernisko zaorane. Zaraz też pojawił się traktor który wylał beczkę gnojówki w celu użyźnienia ziemi.
Od kilku dni smród daje do wiwatu, ale Jan Maria zaraz tylko gdy doleci go ten zapach, wspomina to gładkie powiedzenie o listopadzie. Bo nic nie jest tylko białe alko wyłącznie czarne. Szarość w stu dwudziestu czterech odcieniach rozciąga się wokół naszego życia.
Fajnie bowiem zrywać brzoskwinie i jabłka prosto z drzewa oraz zrywać dojrzałe pomidory do koszyka. Wtedy ta cała wieś powszechnie się podoba.
Znacznie gorzej przejść obok pola nawiezionego organicznym nawozem. Zwłaszcza cudzego pola.
Kiedy po raz kolejny jego Najważniejsza zwróciła mu uwagę na tę niedogodność powiedział, że ten zapach to element wsi i trzeba go przyjąć z dobrodziejstwem inwentarza. On go tak przyjmuje i nie wywołuje to w nim wzburzenia. Inaczej jest zaś wtedy gdy taki potomek Piasta Kołodzieja pali w ogrodzie lub na skraju między duże ognisko, w którym płoną plastikowe butelki i stare opony.
Nigdy się z tym nie mógł pogodzić i da bóg, że dalej nie będzie mógł.
Wielki sprzeciw budzi też w nim także systematyczne wypalanie łąk i pól, bo tak robili ojce i dziadowie.
Dziadowie przecież jedli drewnianą łyżką z jednej glinianej michy, a młodzi nie kultywują tego zwyczaju. Na czym polega więc ta wybiórczość?
Póki co Jan Maria odłożył rozważania o ludzkiej naturze i skierował się do miejsca gdzie przebywa jego małżonka. Wszędzie tam roznosi się zapach medykamentów i środków odkażających. A w tej ogólnie sterylnej atmosferze zaraz tęskni się do pomidorów, jabłek a nawet do tych pół nawiezionych tradycyjnym sposobem.

poniedziałek, 26 sierpnia 2013

Napisy

W niedzielny ranek, Pan Nieistotny zapakował do samochodu bagaże żony a na koniec i ją samą.
Obrał kierunek na wiadomy szpital w wiadomej miejscowości. Silnik samochód pracował spokojnie, a oni powoli mijali dobrze znane domy i sklepy. Piękny poranek bez nadmiernie wysokiej temperatury otoczenia sprawiał, że ten świat wydawał im się piękny. I nie przeszkadzał w tym postrzeganiu świata fakt zbliżającej się interwencji chirurga.
Operacja ta planowana była już od kilku miesięcy, ale za każdym razem coś stawało naprzeciw. Ze dwa razy to jakieś przypadkowe oparzenie, a raz grafik urlopów lekarzy. W końcu dmuchając na zimne i unikając niebezpiecznych zajęć, dojechali do tej niedzieli w której za Najważniejszą miały sna parę dni zamknąć się podwoje szpitala.
Po formalnym przyjęciu pojechali na właściwe piętro i zajęli łóżko pod oknem.
Formalności związane z przyjęciem aa oddział trwały prawie godzinę, ale w końcu pojawił się znany im już od pewnego czasu doktor
- Widać, że z radością zostawia Pan żonę w szpitalu - powiedział na przywitaniu chirurg.
- A po czym? - zapytał wyraźnie zaskoczony Jan Maria
- A choćby po T-shircie.
Pan Nieistotny spojrzał na swój czarny podkoszulek. Duży biały napis na piersiach brzmiał
FEEL A GOOD DAY
- Trudno zaprzeczyć, napis mówi sam za siebie – zgodził się Jan Maria
- To dlatego zbierasz się już do wyjścia? - podchwyciła Najważniejsza.
To nie ma związku – odpowiedział bez zbędnej zwłoki, która budziła by szczerość intencji. Z drugiej jednak strony cieszył się jak dziecko, że nie ubrał tej koszuli z tekstem o ładnych nogach i z niedyskretnym pytaniem.
Jak to trzeba myśleć co kiedy ubrać. Swoją drogą ta miłość do T-shirtów z napisami może go kiedyś zgubić.

piątek, 23 sierpnia 2013

Rozważania boleśnie istotne

- Mam odmowę dostępu - powiedziała farmaceutka kasująca należność za lekarstwa. Popukała przy tym w terminal trzy razy jakby to pukanie miało w czymś pomóc.
- Nawet zabobony nie uczynią płynnym konta w którym przekroczono debet – pomyślał Pan Nieistotny i nie prosił o powtórzenie operacji, ale zamiast płatniczej wyciągnął kartę kredytową. Podając ją kobiecie wyrzucił z siebie myśl w stylu ludowej filozofii wyrażanej przysłowiami
- Jak nie kijem to pałką.
Pałka zadziałała i terminal wypluł potwierdzenie transakcji.
Z niewielką reklamówką wypełniona lekami wyszedł z apteki kierując się do samochodu.
Odmowa dostępu całkiem zepsuła mu poczucie zadowolenia z powodu dokonania już we czwartek tygodniowych zakupów.
Zrównoważony i wyważony w emocjach Jan Maria rzucił lekarstwa na tylne siedzenie, a kiedy włączył samochód, jego oczom ukazał się symbol dystrybutora mocno podświetlony na żółto. Rzucił więc jeszcze w stronę samochodu soczyste - ożeż kurwa.
Lampka od tego ożeż nie zgasła, ale nerwy puściły, na tyle by wcisnąć sprzęgło i wbijając pierwszy bieg, ruszyć z dusznego o tej porze parkingu.
- Nieszczęścia zawsze chodzą parami - pomyślał, klasyfikując brak kasy jako nieszczęście.
Może niepotrzebnie dramatyzuje, bowiem brak kasy to tylko kłopotliwa dolegliwość.
Policzył drogę z pracy do domu i odwrotnie. Wyszło mu, że nie dojeździ do końca miesiąca patrząc na tego, jak to po męsku nazywał jego kolega „wkurwiacza”
Dlaczego tak brutalnie nazywa owo w końcu pomocne urządzenie?
Po prostu któregoś dnia przy obiedzie usłyszał od swojej żony:
- Zbyszku, auto mi się popsuło, świeci jakaś kontrolka. Zobacz później.
Zepsute auto całkiem popsuło humor znajomemu. Łykał gorące pierogi jak młody pelikan i zaraz potem zszedł do samochodu. Wrócił po kwadransie z krzywym uśmiechem na twarzy.
- Naprawiłem. Już nie świeci – powiedział do żóny.
- Co zrobiłeś ? – spytała żona
- Zatankowałem.
Kiedy Zbyszek opowiedział to Janowi on pocieszył go na swój sposób.
- Pociesz się - powiedział Jan Maria - że nie masz jakiegoś bardziej skomplikowanego samochodu.
- Co to zmienia?
- Pewien mój znajomy - zaczął wspominać Jan Maria – biznesmen, taki od białych skarpet do garnituru, kupił sobie nowiutkiego Jeepa. Był to początek lat dziewięćdziesiątych i najbliższy serwis gwarancyjny znajdował się w Wiedniu.
Któregoś dnia biznesmen zauważył na tablicy rozdzielczej jakąś ikonkę, złowrogo świecącą wtedy gdy inne karnie pogasły. Na nic nie przydała mu się instrukcja obsługi, napisana po angielsku, niemiecku i jakimś arabskim języku. Żadnym z tych obcych, bohater opowieści nie władał.
Posiadał natomiast pieniądze, za które wynajął lawetę do przewozu zepsutych samochodów.
Wjechał samochodem na lawetę, a kierowca założył zabezpieczenia.
Tak zabezpieczony pojechał pomocą drogową do pięknej stolicy walca i kawy, masowo zwożonej kiedyś przez rodaków.
W serwisie z iście angielską flegmą przyjęli samochód i bez skrzywienia oddali w ręce właściciela mnie więcej po kwadransie.
- Co było zepsute - dopytywał się biznesmen za pośrednictwem kierowcy lawet który robił od czasu do czasu jakiś „kajne geszseft”
- Nic – odpowiedział całkiem poważnie pracownik serwisu – uzupełniliśmy płyn do spryskiwacza.
Ponieważ Pan Nieistotny zdiagnozował powód świecenia kontrolki, a nie był chwilowo w stanie załatwić problem, zaczął się zastanawiać - czy lepiej być mądrym? A może wystarczy tylko bogatym?

czwartek, 22 sierpnia 2013

Rower a w zasadzie dwa

Cyfry elektronicznego zegara wskazywały dokładnie 17:30, gdy Jan Maria zasiadł w fotelu przed telewizorem. Szybkie przejście po kanałach potwierdziło dobitnie to co i tak czuł przez skórę, że w telewizji nie ma nic do oglądania dla ludzi z jego wykształceniem. Pozostawił jednak włączonym jeden kanał popularno-naukowy i przystąpił do parzenia zielonej herbaty. Właśnie minęło pół godziny od zakończenia posiłku, a więc czas na green tea wydawał się najlepszy. Wtedy też zauważył, że Młodszy syn krząta się nerwowo po domu. Zapalenie ucha jakiego nabawił się na wskutek nurkowania w Turcji powoli ustępowało, ale dalej korzystał z przywileju zwolnienia lekarskiego. Brak zajęć na studiach i kilkudniowe zwolnienie działało na niego w widoczny sposób destrukcyjnie
Nie dalej niż poprzedniego dnia jeździł na rowerze po ogrodzie, objeżdżając owocowe drzewa to z jednej to z drugiej strony, na koniec otworzył szeroko okno na taras i drzwi wejściowe. Wjechał do domu przez taras a wyjechał drzwiami.
- Zawsze o tym marzyłem
Razem z małżonką nie skomentowali tego działania, bo czymże są rodzice jak nie narzędziami do spełniania marzeń swoich dzieci.
Pan Nieistotny nie zawsze był tak spolegliwy. Ileż to razy w trakcie dyskusji z dziedzicem nazwiska sypały się iskry a atmosfera był ciężka od emocji.
- Zdecydowanie z wiekiem obniża mi się testosteron – zawyrokował.
- A wszystko to z korzyścią dla rodziny – dodała mu otuchy Najważniejsza.
Młody zapinał kurtkę gdy Jan Maria spytał go o najbliższe plany
- Jadę na rowerze tak przed siebie, ale nie daleko.
- Nie daleko? To może i ja do ciebie dołączę – spytał Jan Maria wyczuwając pewną szansę dla siebie.
Nie wiadomo czy to na wskutek zażywanych antybiotyków, czy też pełzającej ale i nieuchronnej dorosłości, Młody zgodził się.
Pojechali
Zrazu powoli do czasu gdy mięśnie przestały buntować się, a potem szybciej i bardziej zdecydowanie.
To duża frajda jechać w towarzystwie, kiedy można zachwycić się okolicą i od razu z kimś ten zachwyt podzielić.
Poza tym te relacje ojciec – syn są nie do przecenienia. Nie zapłacisz za to żadną z dostępnych kart kredytowych. Szło nieźle. Zakładany początkowo cel podróży przesunął się dalej. Wymyślili też bardziej ambitny powrót. Ambitny z powodu wzniesień i zjazdów postępujących jedno po drugim.
Zauważył, że jego jazda na luzie jest średnio o 2 kilometry na godzinę wolniejsza od szybkości syna. Młodość ma jednak swoje prawa.
Urzędnicze mięśnie buntowały się pod koniec tej eskapady, ale serce zachowało się bardziej dorośle. O dziwo i płuca nie walczyły o przetrwanie tylko miarowo wentylowały organizm.
W końcu od czasu do czasu siada na ten rower i pędzi do pracy oddalonej o jedenaście kilometrów, aby jak mówi - dupa całkiem nie przyrosła do samochodowego fotela.
Z duża frajdą parkuje wtedy rower przed biurem, cieszą go bowiem te małe sukcesy.
Gdy nie ma dużych....
Po powrocie, Młody na podstawie programu zainstalowanego na komórce przedstawił wyliczenia
ile to przejechaliśmy, z jaką średnią prędkością i z jaką różnicą wzniesień. Cudo.
Zaraz też pomyślałem, że nie takie całkiem. Skończą się już opowieści z wycieczek rowerowych, gdzie dla troskliwej matki przejeżdżało się osiem kilometrów a dla kumpli z pracy „po wędkarsku” czterdzieści osiem i to bez wysiłku.
Następnego dnia rano Jan Maria w te słowa odezwał się do Najważniejszej
- Nie chciało mi się dzisiaj wstawać z łóżka, po tym wczorajszym etapie. Z drugiej jednak strony cieszę się że Młody w ogóle chciał ze mną jechać.
- Tak też sobie wczoraj pomyślałam – odpowiedziała żona.