czwartek, 18 maja 2023

Noblesse oblige

Czwartego lutego 2018 roku napisałem post - Przychodzimy, odchodzimy. Napisałem, to pewne nadużycie ponieważ zacytowałem tylko jeden z Piwnicznych hymnów. Resztę pozostawiłem wyobraźni. Pośrednio zasugerowałem, że to ja przyszedłem kiedyś i odchodzę teraz właśnie. Schodzę ze sceny taki pan, Pan Nieistotny. 
Cos tam jeszcze skrobnąłem później, bo ciężko tak rzucić coś, co urodziło się z pasji.
Jakiś czas temu zajrzałem na bloga i stwierdziłem, że traciłem  nad nim kontrolę, po prostu nie mogłem się zalogować. A ponieważ zawsze lubiłem wyzwania, zaparłem się w sobie i hasło odzyskałem. Radość zwycięstwa nad materią uspokoiła mnie, może aż nadto.
Dzisiaj wszedłem do panelu zarządzającego  oraz obejrzałem statystki. Z niemałym zdziwieniem zauważyłem  że w ciągu  ostatniego miesiąca zajrzało tu prawie trzysta osób. Kto by pomyślał ?
A ponieważ hołduję zasadzie Noblesse oblige  coś napisać wypada.
Najpewniej na temat sztucznej inteligencji która zagląda na łamy mojego bloga, podbijając mi statystyki. Dodatkowo też umieszcza tu swoje komentarze. Komentarze te to najczęściej linku do innych treści w Internecie. Wszystkie one pisane są cyrylicą, a działalność ta nasiliła szczególnie się po dniu 24 lutego 2022 roku. Wiadomo dlaczego.
Aby uniknąć zarzutów którymi obrzucają się politycy -   Jakim alfabetem pisany jest ten blog? postanowiłem wyłączyć możliwość pozostawiana tu swoich  komentarzy. Skasowałem też ponad 350 takich komentarzy.
Nie wznawiam póki co publikacji na tym blogu zapraszając jednak pod adres 
  

Gdzie można komentować na bieżąco licząc śmiało na moją odpowiedź 

Miłego dnia !  




 

wtorek, 10 sierpnia 2021

Opowieść pod psem a nawet pod dwoma

 Czasem tak bywa, że ciężko jest  dopchać się do swojego łóżka. W czasach drugiej wojny światowej, a i nieco później też, wśród marynarzy służących w  łodziach podwodnych  funkcjonowało pojęcie tzw. ciepłego łóżka. Polegało to na tym, że z przyczyn lokalowych na łodzi było tylko 50 % łóżek w stosunku do zaokrętowanych. Działało tak że ci którzy szli na wachtę zwalniali łóżka, (pewnie powinienem napisać koje, ale jako szczur lądowy uporczywie o tym zapominam) tym  co byli już po służbie. Tak więc wracając do tematu. Zmęczeni pracą marynarze wchodzili do ciepłej pościeli po poprzednikach. Myślę o tym za każdym razem gdy wieczorem moszczę się w swoim łóżku po wcześniejszym zgonieniu z niego psów


 


Dobrze że ten rudy jest tylko czasowo.

niedziela, 4 lutego 2018

Przychodzimy odchodzimy


Przychodzimy, odchodzimy
leciuteńko na paluszkach
Szczotkujemy wycieramy
Buty nasze twarze nasze
Żeby śladów nie zostawić
Żeby śladów nie zostało
Miasta nasze domy nasze
Na uwięzi się kołyszą
Tuż nad ziemią ledwo ledwo
Jak wiatr mały to nie widać
A jak wielki wiatr się zdarzy
Wielka bieda puszczą cumy
Zatrzepocą się zatańczą
Miasta nasze domy nasze
I polecą w stratosferę
Przygarbionych w pustym polu
Bez oparcia bez osłony
Bez niteczki choćby coby
Przytwierdzała nas do ziemi
Wiatr nas porwie i poniesie
Za kołnierze podniesione
Porozrzuca gdzieś w przestrzeni
Nam to nic przeczekamy
A jak skończy jak ucichnie
To wstaniemy otrzepiemy
klapy nasze rączki nasze
Żeby śladu nie zostało
Od początku zbudujemy
Miasta nasze domy nasze
Sprzęty nasze lampy nasze
Żeby wiatr miał czym kołysać
Słowa J. Jęczmyk
Muzyka Z. Konieczny

Piwnica pod Baranami

wtorek, 30 stycznia 2018

Bieganie na biegunie

Kiedy robię weekendowe zakupy według listy, tęsknie za biegunem. Wszystko jedno czy to biegun północny czy południowy.
Papryka wędzona – o jest. Do koszyka
Dlaczego na biegun? Czytałem wspomnienia jakiegoś uczestnika ekspedycji polarnej.
Napisał, że po sześciu miesiącach na stacji badawczej zorientował się jak niewiele rzeczy, tak naprawdę, potrzeba mu do życia.
A mnie lista rośnie
Nasiona Ghia – są. Do koszyka
Chociaż jestem odporny na agresywny marketing i reklamy w mediach mam słabość do mojej żony i koniec końców, kupuję ten nowy żelowy środek do kibla, choć stary płyn świetnie sobie z nim radzi.
Coś się zatłuściło, coś straciło swój dawny blask i coś nie przystaje już do dzisiejszych czasów.
To tak jak z firankami.
Kiedy moja żona uważa, że trzeba je natychmiast wyprać a okna przetrzeć, ściągam pokornie firany choć na mój gust są jeszcze zupełnie czyste.
No ale firanki to damski konik.
Lata temu opowiadano sobie taki dowcip w formie pytania.
- Jak sprawić by kobieta jeszcze kwadrans po stosunku krzyczała?
Wystarczy wytrzeć penisa w firanę
Nie byłem nigdy tak ekstremalny, ale są chwile gdy człowiek chciałby wyjść z domu, albo z tego domu wybiec. Uciekać tak przed samym sobą, na drugi koniec kraju, niczym filmowy Forrest Gump.
Pamiętacie? Buty, czapeczka i w drogę.
Jakże złudne są te marzenia przekonałem się w czasie ostatniego pobytu u fryzjera.
Tam dla zabicia czasu wyczekiwania aż trwała zwiąże, wyłożono plik starych gazet i magazynów
Ponieważ jest to salon damsko-męski oczywistym jest, że nie ma choćby i pięcioletnich numerów Playboya. Roi się za to od damskich magazynów dzięki czemu wiem już jak wyhodować bujną rzeżuchę i co zrobić by suflet nie opadł zbyt szybko.
Tam też studiując damski magazyn, dowiedziałem się jak naiwny byłem myśląc, że do biegania wystarczą mi jakiś buty i ewentualnie czapeczka, oprócz oczywiście celu.
Otóż okazuje się, że cel nie jest najważniejszy, bo nie ważne jest by gdzieś dobiec, a wartością samą w sobie jest właśnie bieganie.
Nim jednak staniemy pośród innych biegaczy, musimy poczynić pewne zakupy takie absolutely must have.
Z prostego wyliczenia wyszyło, że na dzień dobry trzeba wyłożyć prawie dwa tysiące.
No i co panie Gump? Przesrane
Czyżby więc pozostało tylko bieganie na biegunie? 


A więc tak :
Żel pod prysznic 11 zł,-
Czapka z daszkiem 49,50 zł,-
Opaska monitorująca aktywność  659 zł,- ( żeby mieć samodyscypilnę i materiał na Facebooka)
Bluza z kapturem  89,90 zł,-
Biustonosz 199 zł,-
Antyprespirant 14,99 zł
Różowy Top 31,92
Sportowe buty 339,99 zł,-
Puder/ podkład  140 zł,- by biegając wyglądać ślicznie
Legginsy z graffiti stworzonym przez artystę  269 zł,-
Razem 1804,43. 
Opaska na smartfon 29,90 
Pewnie do tego potrzebny jest i firmowy smartfon nie starszy niż 3 miesiące bo wstyd.
Przepraszam, przewaliłem powyżej mówiąc o dwóch kołach

Chyba zrezygnuję i pójdę z psem na spacer. Pokopiemy w krecich kopcach i zachwycimy się  zmrożonym owocami czarnego bzu, pozostałymi na gałęziach. Obejrzymy z oddali zakole Wisły i wrócimy do domu. 
Ona na michę kulek ja na herbatę z kieliszeczkiem nalewki
Koszty?
Nieporównywalne
  


piątek, 26 stycznia 2018

Przyjaciele

Gdzie oni są
gdzie wszyscy moi przyjaciele
zabrakło ich
choć zawsze było ich niewielu
schowali się
po różnych miastach różnych nacjach
pożarła ich
galopująca emigracja

gdzie są moi przyjaciele
bojownicy z tamtych lat
zawsze było ich niewielu
teraz jestem sam *

Tak prawdę powiedziawszy to emigracja zabrała mi tylko szwagra, ale czy szwagier był mi przyjacielem?
Mocno ograniczyłem nazywanie kogoś przyjacielem, po własnych, traumatycznych przeżyciach.
Otóż w odległej przeszłości chociaż w tej galaktyce, będąc przed czterdziestką porzuciłem pracę i wygodne życie w własną rodziną bo mnie o to poprosił przyjaciel.
Przez długich jedenaście lat widywałem się z najbliższymi jedynie w weekendy.
Zatrudniony w firmie w której przyjaciel był szefem, zająłem się organizacją sprzedaży. W moim odczuciu z powodzeniem.
Kalkulowałem, że w godzinach pracy będzie między nami relacja szef - podwładny, a po godzinach zmieni się w przyjacielską. Nie wiedziałem, że kierownicze stanowisko uzależnia jak narkotyk. Ze trudno wyjść z butów szefa nawet na prywatnych imprezach.
W końcu, że ktoś gotów poświęcić wszystko i każdego kto mógłby zagrozić regularnie płaconej tłustej pensji. Dlaczego ja wtedy byłem taki zdziwiony?. Być może zbyt wiele poświęciłem.
Zawód tak wielki, a do dzisiaj dziwię się, że wtedy nie wylało mnie gdzieś w kąciku.
Nie, nie rzuciłem pracy bo byłoby to nieprofesjonalne. Odszedłem jednak w końcu i z oddali obserwowałem jak imperium sypie się, a w telefonie byłego przyjaciela kurczy się lista nazwisk.
Odwiedziłem go w szpitalu gdy zachorował. Dzwonimy teraz do siebie okazjonalnie, ale nikomu nie przyszłoby chyba do głowy nazywać tego przyjaźnią.
Inni przestali się pojawiać gdy sytuacja materialna naszej rodziny poprawiła się nieco. Jakiś nowy zakup był już nie do przełknięcia i telefony zamilkły.
Czy żałuję?
Ktoś kiedyś powiedział, że jeżeli przyjaciel cię zawiódł, to znaczy to mniej więcej tyle, że nigdy twoim przyjacielem nie był.
Tak to traktuję i ja, a ludziom o delikatnym sercu i religijnej duszy powiem, że potrafię nie przeszkadza to w zwykłym, ludzkim wybaczeniu.
Przebaczałem choć potrzebowałem do tego dystansu.
J.U. Niemcewicz napisał, że gdy stracisz, co ci fortuna udzieli, dopiero poznasz czy masz przyjaciół.
Myśl może nie tak pięknie wyartykułowana jak z książek Paulo Coelho, ale jakże prawdziwa.
Kiedy żona siadła na wózku, znajomi czwórkami znikali z naszego domu, chociaż nigdy nie prosiłem ich o pomoc, choć tego duchowego brakowało mi najbardziej.
Niektórzy uważali pewnie, że niepełnosprawnością można się zarazić.
Któregoś dnia, zdecydowanym ruchem skasowałem pokaźną listę kontaktów w swoim smartfonie.
Dziewięć lat zmagania się niepełnosprawnością zahartowało nas i impregnowało.
Pozdrawiam więc przyjaciół, którzy odeszli gdy tylko skończyły się ich problemy.
Chcesz liczyć? Licz na siebie - to moje ulubione powiedzenie.
W sumie to jestem szczęściarzem, bo od lat mogę liczyć na własną żonę. Mam nadzieję, że i Ona może to o mnie powiedzieć
A poza tym?
Poza tym widziałem taki kubek porcelanowy z napisem:
Z każdym dniem mojego życia rośnie liczba osób które mogą mnie pocałować w dupę.
A może to był podkoszulek?
Nie ważne. Ważne że nasiliło mi się to po pięćdziesiątce.
A tu szósty krzyżyk puka do drzwi, a więc wprawa jest.


*) Biała flaga Republika


wtorek, 9 stycznia 2018

Za zdrowie mojego Szwagra

Wczoraj, wieczorową porą zadzwonił telefon. Spojrzałem na wyświetlacz ale nie ułatwiło mi to podjęcia decyzji. Nie wiedziałem czy podjąć czy też odrzucić połączenie, bowiem wyświetlany numer nic mi nie mówił.
Zaryzykowałem.
Dzwoniła bratanica zony, zapraszając na organizowaną pod koniec stycznia sześćdziesiątkę ojca, czyli urodziny mojego Szwagra.
Gładko uniknąłem jasnej deklaracji, uzależniając wyjazd od pogody, która jak to w zimie może być różna.
- Intryga szyta tak grubymi nićmi – powiedziałem do żony odkładając aparat – To widać słychać i czuć
Prawda – powiedziała żona i był to w zasadzie jedyny komentarz do całego zdarzenia.
O co chodzi?
O to że oczekiwałem oficjalnego zaproszenia
Dlaczego?
Mój szwagier obchodzi w tym roku sześćdziesiątkę. Pora właściwa dla życzeń i gratulacji.
Problem jednak w tym, że od ponad dziesięciu lat pomnaża on PKB Irlandii. Do Irlandii zaś trochę daleko. Zresztą jakoś nigdy nie wyszedł temat jakiejś wycieczki w tamtym kierunku.
Nie można tak dla kaprysu targać przez pół Europy, żeby komuś powiedzieć – Hej! Jesteśmy.
Na okoliczność Jubileuszu Szwagier przylatuje do córki która mieszka gdzieś tam na południowym zachodzie naszego pięknego kraju.
Szwagier przyjeżdża jak ja to nazywam „po szwagrowemu”, czyli w sobotę wieczorem. Mnie czeka dwieście kilometrów w jedną stronę, a potem z powrotem w tym samym dniu . Wszem wiadomo że w poniedziałek trzeba być w pracy.
Niedzielne spotkanie to będzie raczej urodzinowa herbatka u Ciotki Klotk niż ryk wyliniałych, ale zawsze lwów.
Zapakuję więc żonę do auta tym niedzielnym porankiem, obciążając tylną oś teściową i dalej na spotkanie nieznanego. Bo ile Szwagra znam ( czasem mi się wydaje że jak zły szeląg) to nie widziałem scenografii czyli domu jego córki.
Ktoś teraz powie, że trudno mi dogodzić i że powinienem się cieszyć z zaproszenia.
Ależ cieszę się i pewnie z przyjemnością pojechałbym tam w cieplejszych miesiącach, zakładając nawet jakiś delikatny nocleg.
Jak zwykle o życiu decydują drobiazgi. W odświeżanej pamięci drobiazgi rosną i przybierają rozmiary kamieni w Stonehenge.
A że Szwagier wyrył swój ślad w moim życiu może świadczyć choćby fakt, że już dwa miesiące po rozpoczęciu blogowania w listopadzie 2008 r poświęciłem mu post, który Onet zamieścił na swojej pierwszej stronie. Ktoś z komentujących zarzucił mi, że swoim postępowaniem zniszczyłem rodzinę.
Zaraz, zaraz, A czy szwagier to jeszcze rodzina?
Takie pytanie postawiłem w tytule posta który przypominam poniżej

Czy szwagier to jeszcze rodzina ?
28 lis 2008

W jednym z odcinków kultowej „Stawki większej niż życie” pewien kolejarz zwraca się do dowódcy partyzantki o zwolnienie zatrzymanego szmuglownika. Komendant pyta
- To wasza rodzina ?
- Zaraz tam rodzina. Szwagier – odpowiada kolejarz
A więc jak to z nim jest? Czy szwagier to tylko złośliwy dodatek do żony, jak teściowa i otrzymuje się go w pakiecie? Czy może relacje z nim można ułożyć w sposób prawidłowy, normalny i rodzinny?
Na początku wczuj się w sytuacje szwagra. Ty jesteś w końcu facetem który każdej nocy śpi z jego siostrą. To może być już powód jego nerwic i depresji.
Jestem zdania, że na bycie rodziną trzeba sobie zasłużyć, nic nie działa bowiem z automatu. Nie widzę jednak powodu dla którego nie mielibyśmy polubić i zaakceptować tego faceta, który widywał w młodości twoją żonę bez ubrania. W przeciwnym wypadku pozostaje nam tylko ukute przeze mnie stwierdzenie : szwagier szwagrowi szwagrem .
Mój szwagier (powiedzmy) Leszek, towarzysz nie jednej wspólnej imprezy , współsłuchacz Cohena, miłośnik wina i fajek, które namiętnie paliliśmy zaraz po ślubie stał się w pewnym momencie naszego rodzinnego życia ofiarą.
Spokojnie, stał się ofiara testu na luz wewnętrzny i poczucie humoru.
Pracowałem wtedy w firmie rozprowadzającej akcydensy. Pod tą dziwaczną nazwą kryją się wszelkiego rodzaju druki do wykorzystywania w administracji państwowej i działalności gospodarczej. Delegacje, kartoteki magazynowe czy na przykład upomnienia z biblioteki.
Właśnie to ostatnie nasunęło mi pewien pomysł związany z moim szwagrem.
Namiętny czytelnik dobrej literatury któregoś pięknego dnia otrzymał pocztą wezwanie do zwrotu do biblioteki całej serii książek. Wszystkich jakimś trafem o zabarwieniu erotycznym. Te wymyślone tytuły wraz z autentycznymi opracowaniami wypożyczono w nieistniejącej bibliotece. Niedzielny obiad u teściowej z początku spokojny, zakończył się żalami szwagra, że oto jakiś erotoman na jego konto wypożyczył kupę książek o seksie i ich nie zwraca.
Ulica na jakimś zadupiu Krakowa wymagała dojazdu trzema autobusami miejskimi. Szwagier był zdruzgotany.
Nic nie sprawia większej przyjemności niż zrobić dowcip komuś kto się tym przejmuje. Kiedy stwierdziłem, że haczyk złapał i szwagier odpowiednio się przejmuje, powiedziałem :
- Stawiasz wino a ja powiem Ci co zrobić.
Po degustacji winka potargałem wezwanie i przyznałem się do dowcipu. Szwagra puściło.
Stał się jednak czujny i początkowo nie wierzył nawet w kwity z elektrowni.
Dla mnie oznaczało to tylko jeszcze większe wyzwanie
Minęły dwa lata od tamtej sytuacji. Zbliżały się trzydzieste urodziny mojego Szwagra. Postanowiłem, że uczcimy te urodziny z rozmachem. Przygotowałem więc wezwanie do odbycia dwutygodniowego szkolenia wojskowego. Druk miałem pod ręką, ale żeby nie powielać bezmyślnie starej sytuacji, podobne wezwanie wysłałem również do siebie. Dla równowagi.
Tu muszę dodać, że jesteśmy z tego samego roku.
Jubileuszowa impreza nadeszła. Udałem się z na imprezę. Przysłowiowe pół litra i szaliczek, życzenia, cmok-cmok z dubeltówki i do stołu. Szwagier stanął mi jednak na drodze do biesiadnego stołu. Uśmiechnięty, że oto złapał mnie na żarcie, grożąc palcem powiedział
- Oj szwagier, szwagier, nie dam się nabrać…
Wtedy ja wyciągnąłem z kieszeni swoje wezwanie. Podstawiłem mu pod nos i spytałem
- Czy o takie żarty ci chodzi?.
Leszek zaniemówił. Osunął się z lekka po futrynie i stracił humor. Drinkowaliśmy więc i narzekaliśmy na niedogodności służby wojskowej. Gdzieś koło dziesiątej wstałem i powiedziałem
- Leszku, Szwagrze mój, mam dla ciebie wspaniały rocznicowy prezent. Kieruję cię do cywila.
I tym razem przyznałem się do dowcipu. Ulga jaką poczuł w tamtej chwili była bezcenna. Nieraz ją zresztą wspominał w towarzystwie tak zwanych osób trzecich.
Tak to żartując sobie od czasu do czasu wychowywaliśmy dzieci, odwiedzali się czasem nie zapominając o drinkowaniu( oczywiście z umiarem.
Aż nadszedł ten dzień kiedy poruszyła się ziemia. Jesienny i ciepły.
Późnym popołudniem wybraliśmy się do Szwagrówki jak nazywałem mieszkanie Leszka. Pewnie na jakąś herbatę z pogaduszkami.
Domofon burczał - brrrrrr !!. Czekamy, słychać już ujadającego psa na czwartym piętrze i pytanie z głośnika
- Kto tam ?
- Ja w sprawie kradzieży samochodu – odpaliłem trochę automatycznie, działając na tzw żywioł. Szwagier zawsze tak na mnie rozrywkowo działał . Usłyszałem dźwięk zamka elektrycznego i nim zdążyłem cokolwiek wytłumaczyć, Szwagier z czwartego piętra był już na parterze. Kiedy mnie zobaczył przeklął tylko z lekka i zaczął wracać po schodach do góry.
Weszliśmy do domu ale emocje były tak wielkie, że Lechu aby rozładować emocje zdjął sweter i rzucił przez cały pokój, Sweter zatoczył łuk i spadł na kwiatka. Dorodna dracena w jednej chwili straciła pióropusz i stała taka goła, w dużej donicy na małym taboreciku. Patrząc na efekty tego odstresowania, Lechu podbiegł do gołego pnia i skopał go z podwyższenia. Ziemia rozsypała się wokół ale doniczka nie pękła. Szwagier jak w jakimś amoku skoczył dwa razy na donicę ( a jest człowiekiem dużej wagi i miary) aż ta rozpadła się na kawałki.
Nie czekałem na ciąg dalszy salwowałem się ucieczką albo inaczej wycofałem się na z góry upatrzone pozycje . Po około pół godziny wróciłem do domu Szwagrów i przepraszając za zaistniały incydent zapewniłem, że nie będę robił sobie z niego dowcipów.
Słowa dotrzymałem ale przez to nasze kontakty stały się wyprane z emocji, sztampowe i trochę sztuczne. Z czasem prawie zanikły.
W ostatnim dowcipie nie uwzględniłem wielkiego przywiązania szwagra do własnych rzeczy. Teraz spotykamy się tak rzadko, że spokojnie mogę powiedzieć
- Wszyscy swoi tylko szwagier obcy
A może to tylko dlatego, że wyjechał do Dublina ?



środa, 3 stycznia 2018

Te chwile kiedy czuję sie lepszy niż jestem.

Lubie sobie poczytać Księdza Bonieckiego. Korzystam z darmowej możliwości czytania Tygodnika Powszechnego. Kiedyś lubiłem też Księdza posłuchać, ale okazuje się, że w moich gustach różnię się zdecydowanie od przełożonych Duchownego.
Bez oglądania się na zasady pisowni języka polskiego specjalnie użyłem określeń funkcji z małej albo dużej litery.
Od dawna uważałem, że po takiej lekturze czuję się lepszy. Nie żebym był lepszy, ale czuje się lepiej. To takie trudne w ostatnich zwłaszcza czasach.
Znak czasów jest zaś taki, że pozostaje mi tylko lektura tekstów.
O moi rodzice. Chwała Wam za to, że nauczyliście mnie czytać. Czytać ze zrozumieniem – parafrazowałem cytat z Moliera.
Fragment z felietonu który poruszył brzmiał:
... Mówi się niekiedy, że żyjemy w czasach bylejakości, bez prawdziwych autorytetów. Ale może my prawdziwych autorytetów wcale nie chcemy, a na miejsce zajmowane dotąd przez autorytety stawiamy podobne do nas miernoty, „autorytety” na nasz własny obraz i podobieństwo? Autorytety prawdziwe zaś co najwyżej uznajemy dopiero po ich śmierci? Iluż jest pośmiertnych piewców wielkich ludzi, którzy kiedy ci żyli, albo ich lekceważyli, albo zatruwali im życie. *1
Ze smutkiem muszę przyznać, że ta niechęć do autorytetów to nie jest wynalazek ostatnich czasów.
W czasach słusznie minionej epoki, też gardziło się autorytetami. Autorytetem zgodnie z logiką był w danej chwili jeden człowiek, a jednostka była niczym.
Majakowski napisał że
Jednostka - zerem, jednostka - bzdurą, sama - nie ruszy pięciocalowej kłody, choćby i wielką była figurą, cóż dopiero podnieść dom pięciopiętrowy.
Wartością była partia, podejmująca wspólne decyzje. Kolektywne a więc pozwalające na ukrycie się za plecami towarzysza. W wypadku wtopy też uwalniały od odpowiedzialności plecy towarzysza. Jakież to bezpieczne.
Zadziwiające jest to, że mając w takiej pogardzie jednostkę doprowadzono w czasie tak zwanego okresu błędów i wypaczeń do jej kultu. Ale to już całkiem inna historia.
Potrzeba nam dobrych wzorców, ludzi z których dorobku można by czerpać własnym rękami.
Zauważył to nieodżałowany Bułat Okudżawa który śpiewał parę dekad temu
A przecie mi żal, że nad naszym zwycięstwem niejednym Górują cokoły, na których nie stoi już nikt  *2
Wyciągnęliśmy naukę z historii?
Tak, tak. Jednostka teraz wszystkim. Znów w modzie cokoły, Naczelnik, Sulejówek choć jakby bardziej „neo”.
Analizując słowa Księdza Bonieckiego zauważyłem, że korzystamy z dorobku kolejnego wielkiego Polaka. Wszak to Mikołaj Kopernik napisał rozprawę o wypierana pieniądza lepszego przez pieniądz gorszy. Odnoszę wrażenie, że ta ze wszech miar aktualna pozycja odnosi się nie tylko do pieniędzy


sobota, 23 grudnia 2017

Wesołych Świąt


Wesołych?
Być może wystarczy tylko Zdrowych, albo Spokojnych?
A co się będziemy ograniczać.
Wszystkiego o czym marzycie w kontekście tych Świąt niechaj  się spełni.

Jan Maria Nieistotny 

  

wtorek, 19 grudnia 2017

Ciasteczkowa wróżba

Najpierw na amerykańskich filmach a teraz i u nas spotkać można scenę, gdy na zakończenie posiłku w chińskiej knajpie zagryza się ciasteczko z zapieczoną wewnątrz wróżbą. Zwykle w jakiś sposób można ją dopasować do filmowej akcji, bądź naszego życia.
Za pomysłem poszedł pewien wytwórca napoi. Po zerwaniu kapsla mogłem odczytać hasła w stylu - „tylko ty”. Nie było problemu gdy konsumowałem płyn razem z małżonką, gorzej gdy z biznesowym facetem który dodatkowo żadną miarą nie był w moim typie.
Od dawna pamiętam, że pewnym wydarzeniom przypisywałem drobne zdarzenia, które zdarzały się wcześniej lub bezpośrednio po fakcie.
Pamiętam swój pierwszy egzamin z historii państwa i prawa, oczywiście oblany.
Dotarłszy resztkami sił do domu, wraz ze znajomymi zapodaliśmy na gramofon Grechutę. Poezja w końcu łagodzi obyczaje.
Spod igły wyszły mniej więcej takie słowa
Był już taki egzamin z historii który wszyscy uczniowie oblali i został po nich uroczysty cmentarz
Spojrzeliśmy po sobie z przerażeniem.
Szybko zdjąłem longa z gramofonu i był to chyba jedyny raz gdy zrobiłem to Panu Grechucie.
Pomyślałem chwilę i na talerzu wylądowała płyta Czerwonych Gitar z pozytywnym przesłaniem
Jeszcze swój egzamin zdasz przyjdzie taki czas.
Zrobiło się miło.
Być może ktoś inny nie zwraca uwagi na takie drobiazgi, ja tam jestem szczególarz
Z rana kurier dostarczył mi paczkę za zaliczeniem. Wypłaciłem należność i potwierdziłem odbiór.
W środku gadżet do mojego motocykla. Mały, drobny, gustowny i jak dla mnie drogi.
Otworzyłem kopertę z dmuchanymi bąbelkami. W środku przezroczyste plastikowe opakowanie i gadżet opakowany w dwie kartki wyrwane z książki.
Trochę to mną wstrząsnęło bo do dzisiaj nie potrafię wyrzucić książki na śmietnik.
Kiedy minęły pierwsze emocje, spojrzałem na zadrukowana kartkę. Oczom moim ukazał się tytuł rozdziału 


Za późno na łzy
Przesunąłem wzrok niżej-  Dlaczego ? Dlaczego ? Dlaczego?
Nie czytałem dalej, rzuciłem się nerwowo do rozpakowania zakupionego towaru.
Uff, wszystko w porządku.
Znów poniosły emocje, towar wygląda tak jak trzeba i mam nadzieję, że tak pozostanie.
Przypomniała mi się wtedy ta historia z piosenkami, którą zacytowałem na wstępie.
Ponieważ nie umiałem ot tak wyrzucić zmiętych kartek do kosza, starannie rozprostowałem je i zacząłem czytać.
Nie była to literatura wysokich lotów, ale kiedy doszedłem do zdania – „zapadła między nimi cisza niczym miecz Demoklesa” zmiąłem kartki i zdecydowanym rzutem umieściłem w koszu
Może ja rzeczywiście przesadzam z tym szacunkiem do słowa pisanego?
Mówią - nie ucz starego wróbla latać. Chociaż w jednej z ciasteczkowych wróżb wyczytałem, że nigdy nie jest za późno by nauczyć się latać.
Nauczyłem się zdałem egzamin i z kolegą planujemy trochę polatać po mieście z drobną pomocą ukochanych motocykli. 
Wróbel umie a i my dojdziemy do wprawy.

wtorek, 12 grudnia 2017

Wina,wina dajcie !

Kiedy zobaczyłem ten nagłówek i zapoznałem się z treścią artykułu, poczułem się jakby ktoś lał miód na moje serce. Co tam miód, jakby ktoś lał na nie dobre wino. Od czasów młodości zmieniła mi się nieco definicja dobrego wina. Kiedyś uważałem, że tanie wino jest dobre ponieważ jest dobre i jest tanie. Teraz też nie kieruję się wyłącznie ceną ( niemożliwe przy moich dochodach) a intuicją i jakimiś wewnętrznymi przeświadczeniami. Może to nie wewnętrzne przeświadczenie, ale starcze zdziwaczenie skoro na przykład nie mogę się zdecydować na wino z niebieską etykietą. Niechęć do niebieskiego pozostała mi od czasu gdy zostałem zmuszony do degustacji denaturatu. Pewni gościnni tubylcy postawili mi wybór - bańka albo w ryj ! Bardzo byłem przyzwyczajony do swojego ryja w stanie nieobitym stąd decyzja o wzniesieniu toastu. Zachowałem twarz ale niechęć do niebieskiego pozostała.
Ad rem - jak mawiali starożytni.
Tytuł brzmiał - Amerykańscy naukowcy twierdzą że wino rozwija naszą inteligencję.
I dalej : Picie tego szlachetnego trunku lepiej wpływa na funkcjonowanie naszego mózgu niż słuchanie muzyki czy rozwiązywanie skomplikowanych zadań matematycznych – twierdzi jeden z neurobiologów pracujących na amerykańskim uniwersytecie Yale. Czy to nie świetna wiadomość?
Pewnie że świetna. Co prawda muzykę lubię bardziej niż się na niej znam, czyli instynktownie. Z matematyką jest gorzej bo instynkt w naukach ścisłych nie sprawdza się tam gdzie nie ma wiedzy. Określenie, że oto jestem humanistą brzmi jak kiepski wykręt dla pasjonatów całek i silni.
Naukowiec swoją teorię przedstawił w wydanej właśnie książce pod znaczącym tytułem: „Neuroenology. How the brain creates the taste of wine”. Gordon Shepherd podkreśla w niej, że picie wina jest skomplikowanym procesem, w który zaangażowane są różne elementy – m.in. to w jaki sposób je sączymy, jak nasz język reaguje na kontakt z trunkiem oraz to, jak nasz nos zachowuje się po kontakcie z aromatem wina.
Czyli inaczej niż z gorzałą, którą pijemy mocno zmrożoną, aby zapach nas nie drażnił i lejemy prosto w gardło, omijając język. W moim przekonaniu picie wina wpływa też na empatię i ogólną wyrozumiałość.
Nie zdarzyło się bowiem, by pijący wino miał pretensję do kompana, że woli wódkę. Pijący wódkę zawsze czepiają się pijących wino, że to niby tylko takie markowanie picia. O homofobicznych określeniach delektowania się winem już nawet nie wspominam.
A przecież picie wina to nie jest niemieckie ruck zuck.
Nie jest tak, że tylko przełykamy wino i nic więcej się nie dzieje – tłumaczył naukowiec
Pewnie, że się dzieje. Czasami trochę boli głowa, zwłaszcza gdy się przesadzi lub pomiesza. Jak to mówią wtajemniczeni, jest to wpisane w koszta.
Na zdrowie.

środa, 6 grudnia 2017

Tylko dla twoich oczu

Kiedyś tam, jeszcze w poprzednim wieku, Szanowna Moja Małżonka postanowiła zrobić mi nie lada prezent. Drogą kupna nabyła komplet fikuśnej bielizny i wystrojona w niego, stanęła przede mną w pewien piękny i późny sobotni wieczór.
Byłem zachwycony, między innymi i tym, że moje oczy jako pierwsze widziały to zestawienie delikatnej koronki z ciałem mojej żony.
Zmysły szalały, choć muszę przyznać, że wtedy działała jeszcze wyobraźnia. Dzisiejsze zaś zmysłowe komplety bielizny nie pozostawiają już dla wyobraźni żądnego miejsca.
Zdewaluowało się również pojęcie szacunku do rzeczy pierwszych. Pierwszy raz, według obiegowej opinii wydaj się być sprawą kłopotliwą, sprawą dla frajerów lub bardzo bogatych starszych panów. Ileż ja mam wspomnień z tego mojego pierwszego razu, ileż sentymentu.
W dobie mediów społecznościowych liczy się tysiąc, a może nawet i dwa tysiące. Dlatego też jakaś młoda małżonka lub partnerka, kupuje dla swego faceta komplet inspirującej bielizny i nim pojawi się w nim przed swoim lubym, zamieszcza swoje zdjęcie na Facebooku lub Istagramie z dopiskiem – To dla mojego Misia. 


W ten oto sposób wymieniony w podpisie Misio jest siedemset pięćdziesiątą osobą która może napaść oczy tym miłym skądinąd widokiem.
Tylko dla twoich oczu – tak zatytułowany był jeden z filmów z Jamesem Bondem, Agentem 007.
Tak, ale to był rok 1981. Czasy Rogera Moorea, a więc jak widać dość dawno temu.
Może nie powinienem narzekać, ob przecież jakby przy okazji też mogę popatrzeć.
Nie mam jednak natury podglądacza, zwłaszcza cudzych żon.
Jestem facetem i jak mówią - Noblesse oblige

czwartek, 30 listopada 2017

O zaangażowaniu w wyższej sprawie

Telewizja pokazała,
A uczeni podchwycili,
Że jednemu psu gdzieś w Azji
Można przyszyć łeb od świni.

Tak śpiewał o telewizji Jacek Kleyff, jeden z założycieli niezapomnianego Salonu Niezależnych.
Piosenka z 1972 roku jest co prawda o telewizji, ale pierwsze wersy utworu zmuszają do zastanowienia. W jakiej kolejności to się odbywa? Czy to naukowcy wymyślają a media prezentują, czy tez może to media prowokują jakąś tezą, a naukowcy ze wszystkich sił próbują ją udowodnić.
Wychodzą z tego różne rzeczy, raz odkrywcze raz pokraczne. A może o to właśnie idzie?
Przeżyć życie całkiem na serio jest bowiem tak samo trudno jak spędzić je bez odrobiny powagi.
W jakich kategoriach odczytać poniższą informację? To pozostawiam samym czytelnikom.
Zauważyłem oto taki tytuł na jednym z portali
Naukowcy: Oglądający porno stają się bardziej religijni. Ale seanse muszą odbywać się minimum raz w tygodniu *
Czego to się nie zrobi dla własnego zbawienia. Dlaczego jednak mam do codziennego menu wstawić pornosy? Od czasu do czasu to inna sprawa.
Okazuje się, że za głębszą religijność oglądających pornografię odpowiada poczucie winy, które towarzyszy im w czasie seansów, a zbliżenie się do wiary to rekompensata za popełniane występki? Tak właśnie się dzieje zdaniem amerykańskiego socjologa Samuela Perry'ego
Jak zwykle trzeba było znaleźć grono osób które do oglądania pornografii się przyznają a jeszcze dodatkowo chcą o tym podyskutować. Ameryka to kraj cudów, a więc uzbierało się 1300 gadatliwych i cierpliwych, bowiem badania trwały 6 lat
Na początek okazało się, że ci, którzy często i regularnie oglądali porno, wydawali się bardziej religijni, częściej się modlili i uczestniczyli we mszy świętej, niż ci, którzy mieli w zwyczaju obejrzeć film porno od czasu do czasu.
No i znów okazało się że jeżeli coś się robi to trzeba to robić z pasją.
Nie liczy się to, że od czasu do czasu zerknie się ja jakąś opaloną gołą dupę w akcji. Liczy się by robić to regularnie.
To tak jak z uprawianiem sportu, zażywaniem magnezu, czy myciem zębów.
Z myciem zębów to jest akurat problem. Perry zaznacza, że oglądający filmy dla dorosłych na tyle często, że „staje się to dla nich naturalną czynnością, jak mycie zębów” nie powoduje już wyrzutów sumienia i nie wpływa na głębokość czy intensywność wiary.
Jak więc zmobilizować przeciętnych członków społeczeństwa do oglądania popularnych „pornosów”
Pole dla pomysłów wszelkiej maści jest tu bardzo szerokie. Można po dobroci, można też nakazać. To nakazywanie robi się ostatnio coraz bardziej popularne.
Naukowiec pisze dalej, że dla religijnych Amerykanów i oglądanie pornografii jest sprzeczne z ich poglądami na moralność i seksualność. – Pogodzenie tych stanowisk to dla nich ogromny problem, zwłaszcza dla tych, którzy oglądają filmy dla dorosłych często.
My tu w Polsce jakoś sobie z tym radzimy.
A ja cytując Wojciecha Młynarskiego - oczami wyobraźni bo na szczęście jej nie tracę, widzę ... Jak autorytety moralne i pasterze namawiają do oglądania w wyższym celu filmów na popularnej stronie z filmami XXX.

czwartek, 23 listopada 2017

Zadziwić świat

Robimy zwykle tak byle jakoś było. I jakoś jest bo jak się powszechnie uważa prowizorki są najtrwalsze. Sam mam w tym temacie swoje własne, bogate doświadczenie.
Czasem jednak przychodzi na nas taki mus, tak szajba jakby powiedział nieodżałowany Wojciech Młynarski, by nagle zadziwić wszystkich. Zadziwić żonę, teściową, szwagra, a przede wszystkim sąsiada, swoje miasto swój kraj i cały świat na końcu.
Czytam ja dzisiaj w tytule, że choć koszty są ogromne ale możemy zadziwić świat

O co chodzi?
O zorganizowanie konkursu skoków narciarskich na Stadionie Narodowym.
Trzy lata temu temat zorganizowania konkurs skoków narciarskich na PGE Narodowym upadł. Przedstawiciele Polskiego Związku Narciarskiego nie zamierzają się jednak poddawać i podkreślają, że mają już nawet gotowy plan, który mogą wcielić w życie w kolejnych miesiącach.
Co było powodem wcześniejszej klapy szalonego pomysłu?
Odpowiedź jest bardzo krótka - Za dużo milionów.
A przecież jest tyle sposobów by zadziwić świat mniejszym kosztem.
Wiele lat temu w audycji radiowej „ Samouczek Bogato Ilustrowany” * który prowadzili Jerzy Kordowicz i Grzegorz Wasowski słyszałem taki news:
Pewien staruszek z Nowego Jorku złamał nogę w jednym miejscu.
Pewien staruszek z Nowego Sącza złamał nogę w trzech miejscach.
A jednak co Polak to Polak.
No i proszę, da się ? Da się



wtorek, 14 listopada 2017

O edukacji i masturbacji

W Internecie od pewnego czasu  trwa akcja #sexedpl  mająca na celu uświadomienie seksualne, lub jak kto woli edukację seksualną młodzieży. Znane osoby w krótkich wideo postach omawiają najważniejsze problemy związane z seksem. Antykoncepcja czy bezpieczeństwo.
To jakby przeciwwaga dla aktualnie obowiązujących podręczników do życia w rodzinie, czy stron pornograficznych znajdujących się na drugim biegunie a z których korzystają już ponoć siedmiolatkowie.  Pomimo tych tragicznych danych nie brakuje ludzi mediów, którzy w duecie z Panią Terlikowską nie życzą sobie na przykład by poinstruować dorastające dziecko, jak korzystać z prezerwatywy.
Kiedy tego słucham zastanawiam się jak daleko i czy w ogóle odeszliśmy od tych czasów gdy Tadeusz Żeleński Boy opublikował swoje „Piekło kobiet”
Sam byłem kiedyś bardzo młody i pamiętam jeszcze, że przy braku Internetu i kolorowych pisemek, za pomocą samej tylko wyobraźni i tak trudno mi było utrzymać w ryzach i spodniach mojego małego przyjaciela.
Obecnie w sytuacji  medialnego szumu wokół seksu, bo przecież strony pornograficzne są  najczęściej odwiedzanymi  miejscami w Internecie, najrozsądniejsza rzeczą wydaje się być  powszechna edukacja.
Ponieważ rozsądek albo nie jest dany wszystkim, albo jest różnie rozumiany, mamy to co mamy.
Szczęściem i nieszczęściem  równocześnie jest ogólny dostęp do sieci. Naszym zaś zadaniem jest tę młodzieńczą, niepohamowaną ciekawość umiejętnie ukierunkować.
Wiem co mówię. Moje dzieci dorastały w dobie raczkującego Internetu i to na mnie jako ojca spadł  ciężar ich uświadomienia. Wydaje mi się, że z tej roli wywiązałem się  odpowiednio. Żaden z synów nie zarzucił mi w tej kwestii ani oszustwa ani jakiejś pruderii.  Mało tego, chłopaki mieli na tyle odwagi i rozsądku by przyprowadzać do matki ( czyli mojej żony) swoje dziewczyny, by te mogły usłyszeć to czego nie dane im było wysłuchać w domu.
Mam nadzieję, że dzięki temu udało się uniknąć choć kilku życiowych tragedii.
Być może jednak ich rodzice nie życzyliby sobie takiej nauki. Należy raczej pytać zainteresowanych czyli  młodych.
Jak zaś radzono sobie z edukacją w czasach sprzed Internetu i książki Michaliny Wisłockiej?
Wszak kościół od zawsze  był przeciw. Przeciw stosunkom, przeciw ”struganiu grzesia”, a kiedyś nawet przeciwko zakładaniu majtek, bowiem majtki uznano za dzieło szatana.
Jedno mnie w tym wszystkim dziwi. Skoro w kościele katolickim powszechnie uważa się, że człowiek powstał na obraz i podobieństwo boga, to dobry bóg wiedział chyba co robi  tworząc przyjemność z  intymnej bliskości ludzi. W samym zaś miłosnym akcie musi być coś boskiego.
Uważam,  że rolę dzisiejszych postów edukacyjnych spełniały krótkie formy rymowane i śpiewane przy okazji wesel i zabaw ludowych a nazywanych przyśpiewkami
 Oto przykład wiejskie przyśpiewki pozwalającej  oswoić się z własnym ciałem
 

"A mam - ci mam,
Pod kosulecką
Trzewicki, pońcoski,
Dziurkę tylecką"

 

I co robić z tą „dziurecką tylecką radzi inna przyśpiewka
 

 "od sochy do sochy
Niech traw rośnie.
Nie dawaj picochy,
Aż ci porośnie."


Powyższy tekst bardzo konkretnie podpowiada kiedy można rozpocząć współżycie. A  że w tych sprawach kobieta musi liczyć tylko na siebie wobec niedojrzałości partnerów uprzedza kolejna
 

Kazała mu kupić przetak, A on kupił sitko.
Kazała mu wściubić trochę, A on wściubił wszytko
 

Na długo przed tym nim  wymyślono określenie dobór naturalny, wiejskie przyśpiewki  radziły
 

"Nie chce tego, co mu wisi,
Nieprzyjaciel moj moi pisi,
Wolę tego, co mu stoi,
Przyjaciel to pisi moi."
 

Ania Rubik mówiła w #sexedpl, że masturbacja to coś normalnego za co spadło na nią wiele gromów ze środowisk nazwijmy to bardzo tradycyjnych.
Wiele lat temu tak wypowiadano się jednak i w tej kwestii 
 

Pisi grosz,pisi grosz,
Paluszkowi złoty,
Bo paluszek, nieboraczek,
Ma więcej roboty.

 

Czy były też przyśpiewki dla chłopców ?
Owszem, były ale problem polegał na tym, że  było to na długo  przed startem akcji #metoo  i  niektórzy pozwalali sobie na instrumentalne traktowanie kobiet, choć zwykle kończyło się to  ze optymistycznym  czyli ślubnym fianałem
 

"Nie ożeniłbym się,
Kieby nie dla pisie,
Ale dziewka carną miała,
Spodobała mi się"

 

Ta zaś powinna się już spotkać z powszechnym potępieniem.
 

"Niedaleko karcma,
Jesce blizej browar,
Rozłozyła panna nozki:
-A toz to mój towar"

 

Mówiąc krótko wszystko już było 

piątek, 10 listopada 2017

Moja miłość jak wiatr halny

Moja miłość do motocykli jest znana, rodzinie, przyjaciołom i czytelnikom mojego innego (pierwszego) bloga. Tam ze szczegółami opisałem jak ta miłość rodziła się w bólach i jak dojrzewała do lipca 2015 roku, kiedy kupiłem nowiutki motocykl typu chopper o pojemności silnika 125 cm3. Dlaczego taki mały ? Z prozaicznego powodu braku uprawnień do kierowania większymi jednostkami.
Kto ciekaw tej historii tego zapraszam pod ten adres
Miłość do dwóch kółek okazała się odwzajemniona i w ciągu ostatnich dwóch lat przejechałem bez problemów ponad jedenaście tysięcy kilometrów.
Stare powiedzenie motocyklistów mówi – Z jazdą na motocyklu jest jak z piciem alkoholu. Zwykle zaczyna się od pięćdziesiątki, ale z czasem dochodzi się do wniosku, że prawdziwa zabawa zaczyna się od pół litra.
500 centymetrów sześciennych. Łatwo powiedzieć, tylko, że ja egzamin na prawo jazdy zdawałem ponad czterdzieści lat temu. Zdałem sobie z tego sprawę, kiedy z powodu pewnego drogowego przewinienia, pan policjant pouczył mnie, że złamałem przepis który obowiązuje w naszym kraju od 1991 roku.
- Przykro mi – odpowiedziałem – ale w 1991 to ja miałem już od 16 lat prawo jazdy.
- Może by warto odświeżyć wiedzę? - pomyślałem teraz i w tamtej chwili zatrzymania.
- W życiu bym się za to nie brał – odpowiadała część moich znajomych
- Za stary na to jestem - powtarzali inni jak na komendę.
I chyba ten powszechny strach przed zmianami w swoim życiu podziałał na mnie tak motywująco.
W końcu mam tak, że w okolicach okrągłych rocznic urodzin podejmuję decyzje które stawiają na głowie moje dotychczasowe życie.
I tak. Przed czterdziestką zmieniłem pracę, wyjeżdżając na długie 11 lat poza miejsce zamieszkania.
Przed pięćdziesiątką, po raz kolejny zmieniłem pracę chcąc zaspokoić ambicje. To mi się akurat nie opłaciło, ale wtedy też zacząłem prowadzić żywot blogera co przez dziewięć lat pozwalało poznać wielu ciekawych ludzi. Co prawda tylko wirtualnie przyjaźnie, ale nie można mieć wszystkiego naraz.
Teraz nieuchronna sześćdziesiątka zbliża się do drzwi, więc może by coś zmienić?
Kierując się doświadczeniem sprzed dekady, postanowiłem nie zmieniać pracy. Zamiast tego zapisałem się na kurs motocyklowy kategorii A.
E-learning tak nazywa się forma nauki teorii jaką wybrałem. Bez wysłuchiwania monotonnych wykładów, z nauką przez internet w chwili gdy mam na to ochotę.
Po pierwsze trzeba było nauczyć się wypełniania testów.
Tylko zajęcia z pierwszej pomocy odbyłem osobiście, ale los zgotował mi bonus bowiem do ćwiczeń praktycznych ze sztucznego oddychania i układania w pozycji bocznej bezpiecznej przydzielono mi jedyną dziewczynę z grupie.
Nie mówię tego w żadnych podtekstach starego satyra, a jedynie wspominam o wrażeniach estetycznych.
Pamiętam też, jaką gafę zaliczył prowadzący.
- Pan to pewnie odbył już wiele szkoleń – powiedział do mnie z uznaniem
- O tak, wiele – odpowiedziałem grzecznie.
- Pan na wyższą kategorię – stwierdził.
- Zdziwi się pan gdy powiem, że na niższą
- Na niższą ?
- No tak, na A
- Na A ???
- A czy myśli pan, że w moim wieku nie należy już realizować swoich marzeń? – spytałem, wiedząc że pogrążę młodziana w kłopotliwą sytuację.
Pogrążyłem. Rutyna górą.
Teorię zdałem bez problemu a z egzaminu wyszedłem jako drugi z kompletem punktów.
Pozostała mi tylko praktyka, ale byłem przecież po szkoleniu.
którą Dodatkowe przejechanie soft chopperem 11.000 km jawiło mi zdanie egzaminu zwykłą formalnością.
Wydawało mi się, tak to dobre określenie. Rzeczywistość nie była aż tak kolorowa.
Przy okazji okazało się, że korzystałem z nauki w takiej szkole, w której pobierano opłatę raczej za wynajęcie motocykla niż dobrą praktyczną naukę.
Pozostawiony sobie, kombinowałem więc na swój sposób, podglądając w desperacji technikę na filmikach z Youtuba.
Ustawodawca zarządzając taki a nie inny sposób egzaminu praktycznego miał pomysł, by stopień trudności zniechęcił lub odrzucił jak największą liczbę młodych ludzi.
Nikt w tym wszystkim nie pomyślał o ludziach dojrzałych, którzy przez cały tydzień, popołudniami polerują śrubki, by śmignąć w niedzielę po kościele te parę kilometrów po mieście.
Nie w głowie im 200 kilometrów na godzinę.
Nie pojadą szybko, ponieważ nikt nie zauważy wtedy efektów tygodniowego polerowania.
No to po co polerować jak nikt nie zauważy?
No cóż, mówią, że jest jeden kraj, jedna ojczyzna a więc i jedno egzaminacyjne sito. Z małymi oczkami.
Potknięcie egzaminacyjne wymusiło u mnie zmianę instruktora. Ktoś w końcu musiał mi pokazać czym się to tak naprawdę je.
Za drugim razem trafiłem bardzo dobrze.
Przez bite dwie godziny instruktor stał przy mnie, korygując, poprawiając i proponując zmiany.
Po pierwsze musiałem wyrzucić z głowy wszelkie naleciałości jakie przez jazdę małym motocyklem i kombinowanie na własną rękę z dużym we łbie mi się nawarstwiły.
Przychodziło to z bólem, ponieważ o ile na spokojnie wszystko było w porządku, to w sytuacjach stresowych mózg reagował utartymi schematami. Brzdęk, linia, pachołek i do widzenia.
Mógłbym wyrzucić z siebie jeszcze ze trzy tysiące słów na ten temat, bo po pierwsze lubię motocykle, a poza tych kto nie lubi się pochwalić heroizmem, zwłaszcza własnym.
Powiem zaś tylko tyle, że udało mi się w końcu zmotywować, posprzątać w głowie i nabrać nowych nawyków. Efektem tego jest zaś to, że od kilku dni jestem pełnowartościowym członkiem motocyklowej społeczności.
Nikt już nie będzie śmiechów sobie z mojej 125-tki urządzał. Zero kompromisów.
Dlaczego nie będzie?
Jest takie powiedzenie – bez gwiazdy nie ma jazdy. W tym konkretnym przypadku chodzi o znaczek Mercedesa. To taka niepełna pacyfka wpisana w koło.
Moja to gwiazda pełną gębą. Od pewnego czasu czeka nam nie w garażu i nazywa się Drag Star. Yamaha Drag Star 650. 



Sześćset pięćdziesiąt, a więc zdecydowanie powyżej przysłowiowego pół litra.
A zabawa? Trzeba będzie pewnie na nią zaczekać do przyszłego roku.
Warto jednak czekać, umilając sobie to czekanie polerowaniem chromów, a tych ci w Gwieździe nie brakuje. 


A moja miłość do Gwiazdy? Kiedyś Skaldowie śpiewali :" Nasza miłość jak wiatr halny". Tak to chyba coś takiego, bo przecież

                                         Nasza miłość jak wiatr halny
                                         zawsze zimą nas rozdziela,